- Która godzina? - spytał zniecierpliwiony Artur. Malfoy odkasał rękaw swojej koszuli, pod którą mienił się złoty zegarek.
- Kwadrans po północy – odparł, patrząc się w zapalone okna na piętrze. – Zaraz zejdą.
- Dlaczego robimy to w nocy, kiedy nic nie widać? – zagadnęła Hermiona, poprawiając swój biały sweter. Mimo, iż było lato, noce bywały wyjątkowo chłodne.
- Od tego masz takie zaklęcie, jak Lumos, Granger – oznajmił lekceważącym głosem. Zmrużyła oczy, patrząc na niego gniewnie, lecz dzięki słabemu światłu z latarenek, umocowanych nad drzwiami, nie zobaczył jej spojrzenia. Przynajmniej przez chwilę tak myślała, bo moment później ich oczy się skrzyżowały. Chyba nie był dziś w humorze – A robimy to nocą, ponieważ patrole Śmierciożerców nie dostrzegą, że ktoś biega po polach, obok byłej siedziby Zakonu Feniksa.
- Czego właściwie szukamy? – Ginny, która stała obok swojego taty, wtulona w jego rękę, nieśmiało zabrała głos. Arystokrata przewrócił oczami.
- Naprawdę wyruszasz na misję, nie znając jej celu? – zapytał poirytowany.
- Hej, chcę po prostu wrócić na chwilę do swojego domu!
- Już nie masz domu. To spalone szczątki, które ledwie się trzymają – skwitował gorzko. Ginevra zachłysnęła się powietrzem, zaś Artur przyciągnął ją bliżej siebie.
- Draconie... - wtrącił Lupin, posyłając mu niepochlebne spojrzenie.
- Taka jest prawda – odpowiedział, wzruszając ramionami.
- Jak ci nie wstyd?! – Hermiona szturchnęła go w ramię, na co uniósł jedną brew. – Jakbyś się poczuł na jej miejscu, kiedy Malfoy Manor spłonęłoby?! – krzyknęła z wyrzutem.
- Cieszyłbym się i miał nadzieję, że połowa hołoty w tym domu obróciła się w popiół razem z nim – dodał bezczelnie, wprawiając resztę w osłupienie.
- Widzę, że nie mamy, o czym rozmawiać – stwierdziła z rezygnacją, unosząc ręce w geście poddania. Odwróciła się na pięcie i uświadomiła sobie, że jego arogancji i bezczelności nie zmieni nikt. Zero empatii. Jak on tak mógł?!
Zapadła cisza. Nieco krępująca dla nich wszystkich. Z wyczekiwaniem spoglądali na wejście.
- No w końcu! – westchnął pan Weasley. Bliźniacy wyszli po z budynku, uważając, by nie trzasnąć drzwiami. – Co wy tam tak długo robiliście? – spytał, ruszając do przodu z Ginny pod ramię.
- Byliśmy w swoim pokoju – powiedział George.
- Szukaliśmy tego – dodał Fred, wyciągając mały metalowy prostokąt zza pazuchy.
- Wygaszacz! – krzyknęła zdumiona Hermiona, podchodząc bliżej. – Skąd go macie? Ron go nie zabrał? – nie mogła uwierzyć. Myślała, że chłopacy zabrali rzeczy po Dumbledorze, które im zostawił w spadku.
- Najwyraźniej nie – wzruszył ramionami starszy z bliźniaków. – Podwędziliśmy mu go w dzień wesela, oczywiście z zamiarem późniejszego zwrotu.
- Czyli moja książka i znicz Harry'ego mogą wciąż być gdzieś w Norze – wykrztusiła, wodząc wzrokiem po wygaszaczu.
- Dobra, dość tych pogawędek. Mamy robotę – przerwał im Malfoy. – Teleportujemy się spod latarni przy skrzyżowaniu dróg polnych. Powinniśmy wylądować w polu, na północ od Nory. Idziemy do niej wszyscy. Fred i George idą do piwnicy i swojego pokoju, Pan Weasley z córką zajmą się kuchnią, jadalnią, salonem i pierwszym piętrem, a Lupin, Granger i ja bierzemy się za resztę pokoi i strych. Do twojej wiadomości, Ruda, prócz eliksirów i wszystkich bibelotów, które mogą nam się przydać, szukamy pozostałych rzeczy Pottera. Mogą tam być wskazówki dotyczące Horkruksów – rzucił przez ramię, wciąż idąc w wyznaczonym kierunku.
- Kiedy cokolwiek będzie się działo, krzyczcie, używajcie różdżek, a w ostateczności teleportujcie, jasne? – wszyscy przytaknęli Lupinowi. Nagle zatrzymali się. Draco od niechcenia wystawił do przodu dłoń, na której wylądowała ręka Lupina. Reszta wymieniła niepewne spojrzenia.
- Na co czekacie? – warknął Draco. Hermiona westchnęła i pewnie dołożyła swoją dłoń. W ślad za nią poszły następne osoby.
Chwilę później wszyscy poczuli zawroty głowy i towarzyszące im szarpnięcie w okolicy pępka. Zapanowała ciemność, lecz wszyscy mogli usłyszeć szelest. Bez dwóch zdań wylądowali w zbożu, które o tej porze roku sięgało im do pasa.
- Lumos! – usłyszeli głos Artura, a koniec jego różdżki błysnął, oświetlając okolice. – Tam jest Nora – wskazał dłonią przed siebie. Wszyscy doskonale widzieli zarys czarnego budynku na tle granatowego nieba.
- Nikt się nie zgubił? To ruszamy – nie czekając na odpowiedź Draco wystąpił przed nich, w stronę domu. Z jego różdżki również błysnęło światło, w ślad za nim poszli pozostali.
- Zbieramy się przed wejściem, jak tylko słońce wzejdzie – krzyknął Artur. Byli kilkanaście metrów od Nory. Bliźniacy gorączkowo szeptali coś między sobą, a Ginny szła obok nich, nerwowo pocierając swoje ramiona. Usłyszeli trzask i okna Nory rozświetliły się. Lupin i Dracon przystanęli gwałtownie, przez co Artur o mały włos na nich nie wpadł.
- Działa! – z tyłów dobiegł okrzyk radości Freda i Georga, którzy nieskrępowanie przybili sobie piątkę.
- Myślicie, że zapalone światło w opuszczonym od dawna budynku nie przyciągnie niczyjej uwagi? – spytał Lupin, krzyżując ramiona na piersiach.
- Przyciągnie – przytaknął George.
- Ale jak ułatwi zadanie – wyszczerzył się Fred. Animag pokręcił głową i westchnął w kierunku nieba.
- W sumie mają trochę racji – zgodził się Pan Weasley, wpatrując się w swój dawny dom z utęsknieniem. Zniszczone, zadymione, a w niektórych miejscach zawalone ściany nie stanowiły przyjemnego obrazu dla oka. Jedynie okna, w których świeciło się światło, a zasłonki nie były do końca zasłonięte stwarzały pozory normalnego, ciepłego domu. W głębi duszy pragnął, by wszystko było po staremu. Wierzył, że po wojnie wrócą tu w komplecie i odbudują nowy, lepszy dom.
- Można stworzyć iluzję – oznajmił Draco po chwili zastanowienia.
- Iluzje to stara magia, dawno nie praktykowana, bo i nieoficjalnie zabroniona. Jedynie wiekowi czarodzieje lub ci, którzy korzystają z czarnej magii się nimi posługują – wyrecytowała Hermiona z lekkim oburzeniem. Dopiero po chwili, pod wpływem pełnego politowania spojrzenia Dracona, który trzymał już różdżkę w dłoni, opamiętała się i zrozumiała, co powiedziała. – Oh, no tak – powiedziała lekko zbita z tropu. Arystokrata odwrócił głowę z powrotem w kierunku Nory i wyrecytował kilka nieznanych im formułek, a światła zaczęły stopniowo przygasać, by w pewnym momencie wygasnąć.
- Chodźcie – polecił Dracon.
Minutę później wchodzili na podwórko wielkiego domostwa. Można było zobaczyć zarysy stojących przy drzwiach kociołków i kilka narzędzi ogrodniczych.
- Ciekawe, czy są gnomy – zagadnął Fred, szturchając swojego brata. Artur posłał im karcące spojrzenie, którego mogli nie dostrzec, bo śmiali się wesoło.
- Przynajmniej oni mają dobry humor – mruknęła cierpko Hermiona. Draco zrównał z nią krok i odpowiedział głośno:
- Zawsze znajdą się jakieś czarne owce – po czym ściszył ton swojego głosu i dodał – ale można im zazdrościć takiego nastawienia.
- To prawda – wsadziła ręce w kieszenie. – Draco? – zaczęła niepewnie. Chciała już po chwili zrezygnować, widząc, że blondyn nie jest w najlepszym humorze.
- Hm? – mruknął, a ona poczuła, że może spróbować.
- Wiesz, ile Horkruksów jest w Hogwarcie? – zagryzła wargę w oczekiwaniu na odpowiedź. Mężczyzna szedł dalej, w ciszy.
- Granger, cokolwiek chcesz zrobić – przeniósł na nią spojrzenie. Widziała, że go bardziej zdenerwowała. Cholera. – Nie idź do Hogwartu, radzę ci. – przystanęli przy wejściu, czekając aż dołączy do nich reszta grupy.
- Pierwszo podsuwasz mi wskazówki, a potem nie chcesz pomóc? – ściszyła lekko ton, by nikt ich nie dosłyszał. W jej głosie można było dosłyszeć nutkę irytacji.
- Nikt nie powiedział, ze będę ci pomagał – odwarknął, po czym wyraźnie wskazał ruchem głowy na resztę grupy. – Wrócimy jeszcze do tej rozmowy – dodał.
- To zabrzmiało jak groźba – syknęła wściekle. Nie żartował, widziała to w jego oczach. To miała być groźba. Postanowiła na razie zamilczeć i go nie drażnić.
Kiedy wszyscy się zebrali, Draco pociągnął za klamkę i popchnął dawno nieotwierane drzwi, które zaskrzypiały ze starości.
Korytarz był oświetlony, czyli jego iluzja działała. Wydawało się, że wszystko jest w nienaruszonym stanie. Szafka przy drzwiach, w której trzymali swoje buty, na niej dzwonek, zapewne mający magiczne właściwości, a wszystko pokryte grubą warstwą kurzu. Molly nie byłaby zachwycona. Tapeta w kwiaty, charakterystyczna dla domów urządzanych w starszym guście, żyrandol, według niektórych tandetny, mający sprawiać wrażenie bogato zdobionego i lampa wciśnięta w kąt z o, dziwo przekrzywionym abażurem. Ginny nie mogła się powstrzymać i poprawiła ten defekt, sprowadzając uwagę grupy na siebie.
- No co? – zapytała zbita z tropu, nie do końca pojmując, o co im chodzi.
- Rozchodzimy się – nakazał Lupin, odwracając od niej spojrzenie. Pamiętajcie: bądźcie czujni! – ostrzegł. Skinął głową w stronę Granger i Malfoy'a, którzy podążyli za nim, z różdżkami w gotowości.
Schody również były oświetlone. Hermiona musiała zapamiętać, by potem wypytać blondyna o sztukę iluzji. Kilka razy czytała o niej w książkach, były to jednak zaledwie wzmianki i ogólne zarysy. To jej nie wystarczało. Podczas szperania w Dziale Ksiąg Zakazanych mignęła jej przed oczami księga o iluzjonistach, ale nie miała czasu, by po nią sięgnąć. Pewnie szukała czegoś, łamiąc przy tym szkolny regulamin. Uśmiechnęła się pod nosem na to wspomnienie. Który to mógł być rok? Może drugi, kiedy ważyła Eliksir Wielosokowy w łazience Jęczącej Marty?
Stanęła wraz z nimi, kiedy wpatrzona w schody, natrafiła na belkę i ślady popiołu. Popatrzyła na swoich towarzyszy.
- Raczej nie oczekiwałbym całych ścian – powiedział cierpko Lupin. Wyminęli spalone drewno i weszli na pierwsze piętro. Faktycznie, ich przypuszczenia były słuszne. Na tym poziomie były trzy pomieszczenia. Z tego, co pamiętała, sypialnie należały do państwa Weasley, Percy'ego i była tam jedna łazienka, którą dzielili. Drzwi od sypialni Molly i Arthura leżały na wpół strawione przez ogień obok progu. Patrząc głębiej można było zobaczyć, że z ich sypialni nic nie zostało. Sypialnia chłopaka i łazienka były w lepszym stanie.
No tak, zaklęcie trafiło od zachodu. Zapewne drugie piętro będzie zniszczone dostatecznie. To w nie celowano. Ich zadanie będzie utrudnione, jeśli schody na drugie piętro będą dalej zawalone.
Tapeta wręcz stopiła się ze ścian, a w miejscach, które się cudem uchowały, nie można było odczytać wzoru, jedynie czarne smoliste plamy.
- Łazienka nie ma sensu – Remus wypowiadała swoje myśli na głos, to mu pomagało w skupieniu. Już dawno to zauważyła. Krążył po korytarzu, odsuwając belki i gruz nogą na bok. – Zbyt wiele osób się przez nią przewijało. Zwykle trzymali swoje rzeczy u siebie w pokoju. Ja mogę zabrać się za tę komnatę, a wy za to, co zostało z sypialni Molly i Arthura. Myślę, że on nie chciałby tam wchodzić. To by było za dużo – machnął dłonią w powietrzu, by po chwili skupić swoją uwagę na nich. – Do roboty – pokrzepił i odwrócił się w stronę zamkniętych drzwi. Przekręcił gałkę i ustąpiły. Zaklęcia ochronne i nieodnawiane bariery dawno już nie działają.
- Czyj to był pokój? – spytał w progu, ledwie zerkając zza ramienia.
- Percy'ego – odpowiedziała nieco zachrypniętym głosem dziewczyna. Odchrząknęła. To z pewnością przez ten pył i kurz. On pokiwał głową i zamknął za sobą komnatę.
Dracona nie było przy niej. Już dawno stał w sypialni, przy kufrze, stojącym przy łóżku.
- Alohomora! – wypowiedział, a wieko skrzyni uchyliło się automatycznie. Uklęknął i z powątpiewaniem wyciągnął z niej jakiś bordowy, lśniący materiał. – To jakieś prześcieradła – rzucił poirytowany. – Kufer w nienaruszonym stanie, jako jedyny w tym pokoju - zaczął nerwowo. – Pewnie rzucili na niego jakieś zaklęcie, a ja znajduję w nim pierdolone szmaty! – warknął, zamykając kufer z impetem. Wzdrygnęła się i dołączyła do niego. Jak nic wstał lewą nogą.
Szczątki załamanego i spalonego łóżka małżeńskiego, zasłony obecne jedynie w połowie, dywan, który niegdyś był czerwony, teraz pokryty sadzą. Ruszyła do komody, która wyglądała znośnie. Coś na niej leżało. Za każdym razem, kiedy robiła krok, coś trzeszczało pod jej butami. Ta podłoga była wiekowa, a pożar tylko pogorszył jej stan. Nagle nadepnęła na coś szklanego. Cofnęła się. To było zdjęcie w ramce. Szkło było zbite, niektórych kawałków wcale nie było, lecz zza pajęczyny pęknięć uśmiechało się do niej i machało dziewięć zarumienionych, opalonych osób. Weasley'owie byli w Egipcie. Pogładziła chropowatą powierzchnię palcem. Ile by dała... Westchnęła, przypominając sobie, że koniecznie musi zajrzeć do albumów, o których myślała wcześniej.
- Co masz? – zagadnął sponad jej ramienia, a ona niemal podskoczyła, przykładając ruchome zdjęcie do piersi.
- To, to nic. Zdjęcie. Myślę, że chcieliby, bym je zabrała – powiedziała, a on twardo skinął głową, nie rzucając zbędnych uwag.
- Otwierałaś szuflady? – wyciągnęła zdjęcie z ramki i otrzepała ze wszelkich odłamków, po czym schowała je do swojej zaczarowanej torebki.
- Nie – uprzedził ją, otwierając pierwszą z nich.
- Nie jesteś dziś dość rozmowna – mruknął, przeglądając stertę papierów, leżącą w głębi komody.
- A ty za to jesteś niebywale markotny. Ale jestem za to dość... rozczulona. Wiesz, wspomnienia – dodała, obchodząc pokój. Jej uwagę przykuły szafki nocne po obu stronach łoża. Nie wyglądały źle i jednocześnie były doskonałym miejscem, by przechowywać wszelkie eliksiry na sen i regenerację.
- Sentymenty, tak? – zapytał pobłażliwie.
- Tak, sentymenty – zignorowała ton jego głosu. Drzwiczki w etażerce nie chciały się otworzyć. Zaciekle szarpała wmontowaną gałką na wszystkie strony. Wreszcie zdenerwowana użyła różdżki, a malutkie drzwi w jednej chwili zaczęły zwisać na jednym zawiasie. W środku wedle jej oczekiwań stały dwie fiolki. Jedna pusta, a druga z bladoróżowym płynem. Obie umieszczone na opasłej książce. – Mam Eliksir Słodkiego Snu! – krzyknęła zwycięsko.
- A ja otworzyłem szufladę z gaciami – usłyszała trzask i roześmiała się na widok skrzywionego mężczyzny. Spojrzał na nią gniewnie, więc szybko zagryzła wargę, żeby pohamować chichot.
- Zajmę się drugą szafką – mruknęła speszona. Obeszła całe łóżko i nie próbując się mocować z otwarciem jej, użyła zaklęcia. Nie dostrzegła nic oprócz sterty papierów, które wyglądały jak krzyżówki. – Nic – ogłosiła. Mężczyzna stał oparty o wejście przy drzwiach, czekając na nią.
- Zobaczmy, co znalazł Lupin – polecił, odrywając się od progu. – Z Weasley lepiej?
- Lepiej niż wczoraj. Przynajmniej nie słyszałam jak płacze. W ogóle, nie poruszała tego tematu.
- Rozmawiałem dziś z jej matką – powiedział, wchodząc do pokoju. Remus właśnie przeszukiwał półki na książki. – Znalazłeś coś? – i znów to zrobił. Uciął temat. Przeklęła siarczyście w myślach. Jest taki nieznośny, wredny i ślizgoński.
- Tak, Percy miał tu dwie różdżki – uniósł lewą rękę, w której je trzymał. – Do cholery nie wiem, skąd się tu wzięły – zmarszczył brwi, oglądając je ze wszystkich stron.
- Trzeba je pokazać Moody'emu, o ile się u nas łaskawie pokaże – Draco bez pytania wziął od niego różdżki i sam zaczął wodzić po nich wzrokiem, unosząc je pod światło. Remus spojrzał na Hermionę. Pokręcił głową, a ona uśmiechnęła się ze zrozumieniem. Nikt nie mógł postawić granicy dla Ślizgona. Robił to, na co miał ochotę, mówił, co chciał, nie zważając, że może kogoś zranić. W przenośni i dosłownie. – W miarę giętkie, z dwanaście cali? – nie był do końca pewien, więc schował je do tylnej kieszeni.
- Idziemy na górę – ponaglił ich Remus.
Trzy godziny później weszli na strych.
Naturalnie nie obyło się bez problemów, w postaci zawalonych gruzem schodów. Drugie piętro trzymało się jakoś, oprócz zawalonej ściany korytarza.
Znaleźli tam kilka książek o zielarstwie, całkiem nieźle zachowany kociołek cynowy, o dziwo pod czyimś łóżkiem. W jednym z pokoi stała podpalona klatka ze szczątkami sowy. Biedaczka, stanęła żywa w płomieniach, lecz była zamknięta i nic nie mogła zrobić. Hermiona na ten widok, natychmiast odwróciła się i niemal wyszła, przytłoczona wzbierającymi łzami. Pohamowała je i burknęła, że nie będą gnieździć się w jednej komnacie i marnować czas, dlatego idzie do następnego. Wtedy zdała sobie sprawę z tego, że właśnie wychodzi z pokoju Rona. Wciąż myślał, że Świstoświnka wyleciała...
Gdy do niej doszli, okazało się, że Ron wciąż trzymał w pokoju swoje magiczne szachy, zachowały się na szczęście.
Trzecie piętro miało zdradziecką podłogę. Kiedy Malfoy chciał wejść w głąb jednej z komnat, panele załamały się. Zdecydowali, że nie będą ryzykować i od razu poszli na strych.
Pierwsze promienie słońca wpadały przez okna, a unoszące się pyłki kurzu były mocno widoczne.
- Mamy mało czasu – wpatrzony w okno Draco przez chwilę milczał, by już po chwili otrząsnąć się i podjeść do stolika, na którym ułożonych było kilka szpargołów. Szczyt domu był nienaruszony. I zagracony. Mnóstwo bibelotów rzuconych na siebie, kufry, stojące jeden przy drugim, a stare regały, na których zadomowiły się kurz i pająki, niemal załamywały się pod ciężarem rzeczy. Coś w szczególności przyciągnęło jej uwagę. Sterty ksiąg, piętrzących się niemal do sufitów. Natychmiast podeszła do jednej z nich, jeżdżąc palcem po brzegach z tytułami. Na reakcję blondyna nie trzeba było długo czekać.
- Czemu mnie to nie dziwi? – kąciki jego ust drgnęły, wykrzywiając się niemal w prześmiewczym uśmiechu. Lupin również się uśmiechnął, odrywając uwagę od przeglądania skrzyń. Zarumieniła się.
- Nawyki się nie zmieniają, choćby i twoje, Malfoy – odrzekła, hardo się na niego patrząc. Remus powrócił do przerwanej czynności, jednak wciąż uważnie się przysłuchiwał. Wiedział, że to będzie ciekawa dyskusja.
- Sugerujesz mi coś? – też znalazł zajęcie. Przyklęknął przy jednym z kufrów i magicznie go otworzył.
- Tak, Malfoy, lecz nie jest to nic, o czym nie wiesz – sięgnęła po „Sławnych Połykaczy Ognia" i zmarszczyła brwi. Zaraz, zaraz. To była książka z Działu Zakazanego w Hogwarcie. Weasley'owie mają jeszcze jeden egzemplarz? Nie zastanawiając się, schowała ją do torby jak gdyby nigdy nic.
- A więc słucham, co masz mi do powiedzenia? – nie spojrzał się na nią, wciąż plądrował kufer. Zerknęła na Lupina. Uśmiechał się pod nosem i nie wtrącał. Malfoy chce publiki? Będzie ją miał.
- Poza tym, że jesteś cholernie wkurzającym narcyzem? – kolejna książka przyciągnęła jej uwagę. „Transmutacja w zielarstwie", nigdy o niej nie słyszała.
- Tak, Granger, poza tym.
- Och, dobrze – przeszła za książki i trafiła na szafę. – Wciąż jesteś zadufanym w sobie, denerwującym i niekonsekwentnym człowiekiem – w środku znalazła stare ubrania Ginny. Różowe spódniczki, sweterki, ale i parę ubrań dla niskich chłopców. Urocze, Ron, Bill, Fred... musieli to nosić.
- Niekonsekwentnym? Co mi zarzucasz? – ciągnął całkiem spokojnie. Zdenerwował ją dziś, a teraz odstawia przed ich byłym profesorem jakąś szopkę! Doprawdy?
- Zaczynasz jakieś wątki rozmowy i ich nie kończysz – odpowiedziała, również siląc się na spokój.
- Proszę bardzo, Granger. Mogę je dokończyć teraz – przytaknął prowokująco i usłyszała huk opadającego wieka. Doskonale wiedział, o co jej chodziło. – Nie mam bladego pojęcia, ile Horkruksów jest ukrytych w Hogwarcie. Jeśli chcesz dopisz to do swoich jakże błyskotliwych notatek, z pewnością ci to rozjaśni całą sprawę – odwróciła się z powrotem w jego stronę, zakładając ręce na piersi. Uśmiechał się ironicznie. – A Weasley powiedziała mi, że Luna reaguje na bodźce. Jakby była we śnie, a właściwie koszmarze. Przewraca się, mamrocze przez sen, poci... - wymieniał, by po chwili jego uśmiech poszerzył się. – Może w wyobraźni widzi jak ten spocony grubas Yaxley wsadza w nią swojego śmierdzącego kutasa i przeżywa to na nowo? – pytanie retoryczne wypowiadane w jego ustach brzmiało niczym dobra anegdotka. Wciągnęła głośno powietrze. Lupin zareagował.
- Malfoy, dostaniesz w pysk, jeśli się nie zamkniesz – syknął wilkołak, przesuwając jakieś żelastwo. Hermiona posłała mu wdzięczne spojrzenie. Sama zaraz by mu przywaliła.
- Chyba dążysz do powtórki z trzeciej klasy – rzekła drżącym głosem i kolejny raz otrzymała od niego ostrzegawcze spojrzenie. On mógł się tak wyrażać o jej najbliższych, a ona nie mogła się nawet odgryźć? Uśmiechnęła się, zyskując przewagę.
- Odejść od okien! – zakomunikował znienacka Lupin, przywierając do ściany. Hermiona natychmiast uklęknęła, a w ślad za nią poszedł Ślizgon, chowając się za stertą książek, którą przeglądała. To mogło oznaczać tylko jedno – patrol.
- Mówiłem, że tędy latają – westchnął Malfoy. Wychyliła się nieco i spostrzegła, że lecą przed siebie, nie zatrzymując się.
- Chyba niespecjalnie poświęcają temu uwagę – dodała Hermiona. Byli teraz praktycznie naprzeciwko siebie. Ona opierała się o szafę, a on o stos ksiąg. Znów posłał jej z deka zwycięskie spojrzenie.
- Kiepsko gotujesz – orzekł niespodziewanie.
- Słucham?! – nie była pewna tego, co usłyszała.
- Skoro mamy tutaj już godzinę wyrzutów to pomyślałem, że to będzie odpowiednia chwila na zakomunikowanie ci tego i uratowanie następnych, którzy mieliby stać się ofiarami twoich kulinarnych wybryków – szydził z niej, prosto w jej oczy. To była taka jego mała gra. Zdenerwować ją, przekomarzać się. Sprawiało mu to satysfakcję. Odbywało się to zupełnie na innych zasadach, niż w kuchni. Tam był spokojniejszy i opanowany, potrafił rzucić ciętym żartem, ale zawsze trafiał w smak. Nie przesadzał. Teraz chciał, by straciła nad sobą kontrolę, lub po prostu odreagowywał na niej. Po tak odrażającym i niestosownym żarcie coś takiego?
- Skoro jestem kiepską kucharką, to dlaczego zjadłeś wczoraj cały tort?
- Żeby nie było ci przykro, Granger – uśmiech nie schodził mu z twarzy, wbrew samej sobie również się uśmiechnęła.
- Jasne, a mój kawałek skończyłeś z litości – parsknęła.
- Dokładnie – przytaknął, a atmosfera lekko zelżała. Żartowali. Humor wrócił im obojgu. Ze skrajności w skrajność.
- Nie wiem, o jakim torcie mówicie – Lupin znalazł się nad nami i wystawił pomocną dłoń dla Hermiony, pomagając jej w podniesieniu się. – Ale jestem oburzony, że nie wiem, o jakichkolwiek słodyczach w domu– ich dobry humor działał również na niego. Gryfonka podziękowała krótko.
- Draco miał przedwczoraj urodziny, więc upiekłam mu tort – tłumaczyła. – Jednak nie masz się, czym martwić, bo podobno był okropny – dodała pośpiesznie, zerkając na Malfoy'a.
- Tak, nie masz, czego żałować.
- Wszystkiego najlepszego, nie wiedziałem – uśmiechnął się Lupin, lecz Draco nie tryskał zbytnim entuzjazmem.Skinął twardo głową.
- Dziękuję – odpowiedział. – Trzeba się zbierać – zaczął, wyglądając zza okno. Słońce wzeszło już prawie całkowicie.
- Zapraszam na urodzinowy koniak, trzeba to oblać – zaproponował najstarszy mężczyzna, Hermiona odsunęła się, w nadziei, że coś jeszcze znajdzie. – Co prawda Hermiona jest młodsza, ale te kilka miesięcy...
- Nie pogardziłbym, ale tuż po odstawieniu was, wyruszam na spotkanie z Czarnym Panem. Może kiedy indziej – uciął, chcąc zakończyć temat.
- Rozumiem – nigdy nie uważał młodego Malfoy'a za duszę towarzystwa. Może i miał w sobie charyzmę i urok, który przyciągał do niego ludzi; był tego świadomy, w końcu kiedyś to wykorzystywał, ale teraz nie zależało mu na tym. Ani na tym, żeby pić koniak z kilkoma facetami, mającymi co do niego pewne wątpliwości i uwagi. - Chodźmy po resztę.
Na Grimmuald Place wrócili w dobrych nastrojach. Słońce mieniło się w całej swojej okazałości. Od razu do ich nozdrzy dobiegł zapach porannej, świeżo parzonej kawy i odgłos skwierczącej patelni. Z kuchni wychyliła się pani Weasley, w równie uśmiechniętej odsłonie, ze świeżo zmytym garnkiem i ścierką w dłoni.
- O, już jesteście! Świetnie! Ale trafiliście – powiedziała wesołym głosem. – Zaraz zaparzy się cały dzbanek kawy, a na patelnię już miałam wbijać jajka.
- Droga Molly, jest piąta rano – powiedział Arthur, witając się z żoną uściskiem.
- Ależ wiem, Arthurze. Wiem też, że już od dwunastej w nocy jesteście na nogach. Rozbierzcie się i zapraszam do kuchni na śniadanie – już miała zniknąć, kiedy Hermiona zawołała za nią.
- Pani Weasley! Panie Arthurze – dodała już nieco ciszej. Reszta ściągała swoje kurtki.
- Tak, kochanie?
- Mam coś, co powinno stać u państwa – oznajmiła. Sięgnęła po swoją różdżkę i wyszeptała Accio zdjęcie w stronę torebki. Po chwili kawałek papieru wleciał do jej dłoni. Podała je kobiecie. Ta zmrużyła oczy i podsunęła je bliżej. Jej oczy się zaszkliły. - Było w państwa sypialni – dodała z uśmiechem.
- Och, dziękuję – podała zdjęcie dla męża, by zamknąć dziewczynę w uścisku. Taki drobiazg potrafi przynieść tyle szczęścia. Kiedy oderwała się od dziewczyny, natychmiast poszła szukać nowej ramki, doglądając po drodze jajecznicy.
Hermiona zauważyła, że Malfoy przyglądał się tej scenie, wciąż ubrany, z nieodgadnioną miną.
- Już... lecisz?
- Tak.
- A kiedy wrócisz? - spytała trochę skrępowana. Jego usta drgnęły.
- Już tęsknisz? – teatralnie złapał się za swoją lewą pierś, wykrzywiając w udawanym smutku.
- Przestań – sama zdjęła grubszy, rozpinany sweter i walnęła go ręką, mijając go przy tym. Chciała dostać się do wieszaka.
- Nie wiem, kiedy wrócę, Granger. Mam misję na Nokturnie – wyjaśnił ponuro, opierając się o ścianę. Zamarła.
- Nokturn?
- Nokturn.
- To samobójstwo.
- Raczej morderstwo – podsumował gorzko. Zaśmiała się smutno. – Granger?
- Tak? – nie odważyła się na niego spojrzeć.
- Kłamałem – usłyszała tuż przy uchu. – Zrobiłaś najlepszy tort, jaki w życiu jadłem – potem był tylko trzask aportacji.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz