piątek, 5 sierpnia 2016

6 czerwca 1998r.


                Płakała. Chociaż nie mogła wydusić z siebie już żadnych łez, łapczywie brała kolejne wdechy, niemal żałośnie jęcząc. Oparła się na krześle i odchyliła głowę do tyłu. Dłonie umieściła na brzuchu, przymknęła oczy i starała się odzyskać kontrolę nad oddechem. Kilka sekund przerwy, potem głęboki wdech, przetrzymanie powietrza i wydech. 
- Ginny, spokojniej – powiedziała łagodnie Hermiona i zmusiła Weasley, by na nią spojrzała. 
Wiedziały doskonale, że każda wojna niesie za sobą żniwa w postaci trupów i rannych. I tym razem nie mogło obejść się bez tego. Ponieśli wiele strat, ich szeregi słabną, a ilość zapasów maleje wraz z moralami. To z pewnością pogorszy samopoczucie wszystkich. Wszystko stało się tak niespodziewanie. Z ich strony można było czekać na każdy cios, lecz nikt nie podejrzewał czegoś tak okrutnego. Boże, biedna Luna. 
Kiedy intensywność bitwy spadła, zgromadzili się wszyscy przy punkcie ustalonym wcześniej. Stopniowo docierały tam kolejne osoby. Kiedy Tonks dotarła na miejsce padło pytanie o blondynkę. Zamarli. Nikt nie widział, gdzie jest. Zaniepokojony Remus wraz z Billem poszedł na zwiad. Kilka minut później Nimfadora dostała sygnał, by aportować grupę. Zdezorientowani wrócili na Grimmuald Place bez trójki swoich ludzi. Opóźniony powrót dawno zaniepokoił panią Weasley, która siedziała w przedpokoju, nerwowo ściskając końce ścierki. 
- Wreszcie jesteście! – wykrzyczała z ulgą. Podniosła się z krzesła i wprost do zmieszanych przybyszy. Przez chwilę patrzyła Tonks głęboko w oczy, lecz po chwili stanęła na palcach i spojrzała się za jej ramię. – Gdzie reszta? – dziewczyna spojrzała niespokojnie w podłogę. 
- Szukają Luny – odparła łamiącym się głosem. 
- O, Boże – pani Weasley opadła na stołek. 
Kilkanaście minut później wrócili wszyscy. Siedzieli wtedy w salonie, nie zdążyli nawet zdjąć kurtek, kiedy usłyszeli trzask, charakterystyczny dla aportowania się, zaś chwilę potem huk. Wymienili spojrzenia i zerwali się do holu. Bill stał z głową i pięścią opartymi na ścianie, jego knykcie były obdarte, zaczęła z nich wypływać krew. Remus stał za nim, wpatrując się w kruchą blondynkę na jego ramionach. 
- Czy ona... - urwała Tonks. Lupin uniósł smutne oczy i pokiwał głową. 
- Kiedy się obudzi, będzie chciała umrzeć – mruknął cicho. 
Kilka minut później wszystko było jasne. Luna miała mnóstwo obrażeń, połamane kości, rozciętą skórę, porwane ubranie... Ale blizny na psychice.... 
Przetarła czerwone od płaczu oczy i policzki młodszej dziewczyny, która poprawiła puchaty szlafrok, kiedy tylko usłyszała kroki. 
- Dobry wieczór – wymamrotał blondyn, przecierając twarz. Skierował się ku imbrykowi, wciąż znużony. 
- Dobry wieczór, spałeś? – spytała Hermiona. Miał na sobie jedynie czarne spodnie dresowe, nie założył nawet żadnych butów, był boso. Spostrzegła, że na klatce piersiowej miał ohydną bliznę, ciągnącą się po lewej stronie, od barku, aż do końca żeber. Była różowa i paskudnie zagojona. Odstawił czajnik na palnik i zerknął na dziewczyny przez ramię, przez co Gryfonka odwróciła natychmiast wzrok.
- Płakałaś, Weasley – stwierdził, na co ona parsknęła i odwróciła głowę. – Chcecie coś do picia? – zaprzeczyły, kręcąc głowami. – Rozumiem. Czy ktoś może mi wytłumaczyć, o co tyle płaczu?
- Luna... - wyszeptała Hermiona. Trzymała się lepiej niż rudowłosa. Posłała nerwowe spojrzenie w stronę dziewczyny, która siedziała skulona na krześle. Ginny była niezwykle wrażliwa. Mimo, że szatynkę również dotknęła sprawa Luny to nie mogła się załamać, tym, co się zdarzyło. Bardziej przejmuje się reakcją Krukonki i jej stanem psychicznym, kiedy się wybudzi i otrząśnie. Taka delikatna i niewinna...
- Luna miała wielkie szczęście, że żyje. Ta Krukonka mogła leżeć dawno pod ziemią – oznajmił, krzątając się dalej. – Yaxley to sadystyczny skurwiel. Wiele razy zdarzało się, że nim obejrzeliśmy się, zapinał spodnie, a obok niego leżała już jakaś martwa mugolka. 
- Wy ją uratowaliście? – zapytała drżącym głosem Ginny. Westchnął, przejechał dłonią po twarzy i wstał. 
- Nie, nie byłem na tej misji – odpowiedział ciężko. 
- To jakim cudem... - kontynuowała Hermiona.
- Szczęście, inaczej tego nie nazwiesz. Wyliże się niedługo. 
- Ona jest bardzo wrażliwa, to nie będzie takie łatwe. 
- Psychicznie nie – napełnił szklankę z miętą gorącą wodą. Zioła uniosły się na powierzchnię, a on chwycił za cukier. W tym momencie uznała to za absurdalne. Kto słodzi napary z ziół? – Fizycznie tak, obrażenia nie są tak rozległe jak na prawie stukilogramowego faceta. 
- Oglądałeś ją? – oburzyła się Weasley, a on ponownie rzucił jej krótkie spojrzenie zza pleców. 
- Nie, Ruda. Myślisz, że po gwałcie Molly pozwoliłaby wejść jakiemukolwiek mężczyźnie do jej komnaty? – oparł się o stół, krzyżując nogi. – Gdyby ta blondyna się zbudziła i zobaczyła choćby Snape'a nachylającego się nad nią to wpadłaby w histerię. Chcesz? – zapytał, podstawiając szklankę pod nos starszej Gryfonki. Pokiwała przecząco głową. – Nie to nie – jednym haustem wypił pół szklanki naparu. – Pomogłyby ci zasnąć, a ty uspokoiłabyś się – wskazał na rudowłosą. 
- Nie, dziękuję i tak nie zasnę – westchnęła. Szybko dopił zioła i odstawił kubek do zlewu. 
- Może Eliksir Słodkiego Snu? – zaproponował, a ona obróciła się gwałtownie na krześle w jego stronę, wybałuszając oczy. 
- Żartujesz. 
- Niby czemu? – podkasał rękawy i sprawdził temperaturę wody. 
- Na serio? Masz? – zapytała z nadzieją. 
- Mam. To nie jest żadna zakazana substancja –powiedział przekornie.
- Ale za to cholernie trudno dostępna – dodała Hermiona. – Przynajmniej teraz, kiedy brakuje nam składników. 
- Gdzie jest haczyk? – zwróciła się do blondyna. Ten odstawił zmyty kubek na suszarkę i sięgnął po ścierkę. 
- Nie ma. 
- Od kiedy jesteś dobrym człowiekiem? 
- Tego nie powiedziałem – rudowłosa spojrzała się na niego, intensywnie nad czymś rozmyślając, a potem na Hermionę. Ta wzruszyła ramionami i podparła ręką głowę, obserwując dalszy dialog. 
- Dobra, Malfoy, wezmę go od ciebie, ale jeśli jutro się nie zbudzę to cię zabiję – pogroziła, a on roześmiał się na widok zapłakanej dziewczyny, celującej w niego palcem. 
- Zaraz ci przyniosę – i ruszył w stronę pokoju. Odprowadziły go wzrokiem, po czym Ginny od razu zapytała:
- Co mu jest? 
- Słucham? 
- Nie rozumiałam, czemu wczoraj ślęczałaś w kuchni przez bitą godzinę, szykując mu tort. Myślałam, że rzucił na ciebie jakąś czarnomagiczną klątwę, a teraz to mam wątpliwości. Wygląda na to, że to ty dolewasz mu do picia jakichś eliksirów – szatynka uśmiechnęła się, widząc, że humor jej koleżanki się poprawił. Sięgnęła czule do jej policzka i wytarła resztkę łez.
- Po prostu to facet, z którym idzie się dogadać, jeśli akurat nie rywalizuje się z nim o Puchar Domów. A wczoraj miał urodziny.
- To nie chodzi o Puchar Domów. W sensie, nie rozmawiałam z nim przedtem, no wiesz... od początku tego wszystkiego – machnęła ręką, tworząc jakiś znak w powietrzu – ale jest jakiś inny. Znaczy wciąż nie wiem, czy nie dostanę od tego eliksiru halucynacji, ale ani razu nie padło tu żadne nieprzyjazne słowo. Nadal jest Śmierciożercą, tak, wiem, że szpieguje na naszą korzyść, ale to tak trudne do zrozumienia, że Malfoy... - dokończyła, wzdychając głośno. – Absurd. 
- Wiem. Czysty absurd – uśmiechnęła się krzywo Hermiona. – Jest jakiś inny, miły. Niby wszystko w porządku, ale to trochę niepokojące. Jeszcze nie można mu ufać w pełni – nagle pokręciła głową i westchnęła. – Jesteś w stanie jechać jutro z nami... 
- Tak – przerwała jej stanowczo, podnosząc nieco głos.– To mój dom, Hermiono, chcę tam wrócić, choćby na chwilę. 
- To nie będzie zbyt wiele? Wiesz, dziś ta z sytuacja z Luną, a jutro... wytrzymasz? – widziała, że łzy w oczach młodszej dziewczyny ponownie się wzbierają. Szybko je opanowała, ocierając oczy. 
- Nie, nie będzie. Czemu znów zaczęłaś? – zapytała z wyrzutem. 
- Przepraszam. Martwię się o ciebie – odpowiedziała, podając jej pudełko z chusteczkami, które dotychczas leżało na końcu stołu. 
- Nie możesz martwić się o wszystkich. Sama mówiłaś, Luna się obudzi, dojdzie do siebie i wszystko za kilka miesięcy pójdzie w niepamięć, prawda? – spytała rozpaczliwie. Hermiona uśmiechnęła się zmieszana. 
- Luna jest wrażliwa, mówiłam ci. Zgodzę się z Malfoy'em, że miała dużo szczęścia, ale i tak nie wiemy, jak zareaguje po przebudzeniu, czy w ogóle będzie pamiętać tamte wydarzenie – Ginevra pokiwała ze zrozumieniem głową. Nie chciała znów się rozpłakać, dziś już wylała stanowczo za dużo łez. Głowa pulsowała od płaczu, a oddech wciąż nie był ustabilizowany. Wiedziała, że jeśli okaże teraz więcej słabości, nie będą chcieli zabrać jej do Nory. 
Nastała niezręczna chwila ciszy, przerywana kapaniem z niedokręconego kranu. Obie czuły, że muszą coś powiedzieć. Pierwsza przełamała się Ginny: 
- Dajmy mu teraz ten tort – wydusiła z siebie. Hermiona upewniła się, że nie żartuje, po czym od razu wstała, by sięgnąć do zamkniętej zaklęciem szafki. Gdyby bliźniacy się do niej dobrali, nic dobrego by z tego nie wynikło.
Chwilę później, którą dziewczęta spędziły w milczeniu, szykując tort, mężczyzna stanął w progu kuchni. Niemal cofnął się, kiedy z pojedynczej świeczki wystrzeliły iskierki, niczym ognisty gejzer. 
- Poważnie? – prychnął rozbawiony, ale również zaskoczony.
- Wszystkiego najlepszego! – krzyknęły chórem. Uśmiechały się do niego przyjaźnie, a na policzkach młodszej nie było już śladu po łzach, tylko rumieńce.
- Pomyślałam, że do kawy coś się przyda. Zrobiłam to wczoraj, na szybko, ze starego przepisu – wyjaśniła, stawiając talerz z czekoladowym ciastem na blat.
Obszedł stół, stanął obok dziewczyny i pochylił się nad wypiekiem, lustrując go wzrokiem. – Pomyśl życzenie i zdmuchnij – nakazała ściszonym tonem szatynka.
- Nie wierzę w takie zabobony – mruknął, ale w jego oczach widać było iskierki.
- Zrobiłam coś, czym nie zatruje się człowiek, czyli życzenia się spełniają – odparła przekornie, poszerzając jego uśmiech. 
- Jesz pierwsza – rzucił, by ją zirytować, a potem chuchnął na płomień, który zgasł. 
Jak na prawdziwego dżentelmena szarmancko odsunął dziewczynom krzesła, następnie chwycił za nóż, przymierzając się do krojenia. 
- Może ja to zrobię? – zaproponowała Ginevra. 
- Pierwszy raz w życiu mam tort, daj mi się nacieszyć – odrzekł. – A, właśnie – z kieszeni spodni wyjął fiolkę z bladoróżowym płynem i postawił ją przed rudowłosą. 
- Dzięki – odparła krótko. – Mam u ciebie dług – puścił to mimo uszu, sięgając po talerzyki.
- Jak się czujesz jako osiemnastolatek? – zagadnęła szatynka, a on podsunął dla niej talerz z ogromnym kawałkiem tortu. 
- W końcu mogę legalnie palić. Smacznego, Granger – skinął w jej kierunku głową i zabrał się za krojenie kawałka dla Wealsey'ówny. Wywróciła oczami, lecz nie zaczęła jeść. 
- Zaczekam na was – wyjaśniła, widząc jego pytający wzrok. 
- Miałaś jeść pierwsza, nie pamiętasz? – stwierdził, a ona zarejestrowała, jak kącik jego ust drgnął. Uśmiechnęła się. – A jak z tobą? Lepiej? – spytał Ginny. 
- Bywało gorzej, Malfoy – bąknęła, ale zreflektowała się krótkim uśmiechem, kiedy uświadomiła sobie, jak to zabrzmiało. – Smacznego – talerz przesunął się po blacie w jej stronę. 
- Dziękuję. 
- Wybierasz się do Nory? – Hermiona próbowała podtrzymać rozmowę, nie schodząc na tematy ostatnich wydarzeń. 
- Tak, ktoś was musi bezpiecznie przetransportować. Kiedy znajdziecie to, czego szukacie, wrócicie tutaj, a ja do Malfoy Manor. 
- Od kiedy zapewnianie nam bezpieczeństwa to twoja broszka? 
- To jest w interesie nas wszystkich – zripostował. – Chyba, że sądzisz inaczej? 
- Nie, skądże – zaprzeczyła. Odkroiła widelcem kawałek ciasta, myśląc nad czymś intensywnie. Jutro czekał ich ciężka noc. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz