Na podwórku było wyjątkowo
spokojnie, jedynie wiatr zagłuszał tę urokliwą ciszę, panującą między drzewami.
Niebo było gwiaździste, a księżyc szlachetnie z nocy na noc przybierał na sile.
Od razu pomyślała o Lupinie. Niedługo pełnia. Eliksir pomagający mu w
utrzymaniu stabilności kończył im się. Wywar Tojadowy, pomimo, że opisywany w
książkach dla zaawansowanych, nie stanowił problemu dla Hermiony. Gorzej było
ze składnikami. Tojad rósł na dzikich, niezaludnionych miejscach. Nie mogli
udać się w tym momencie na ekspedycję, jeszcze nie teraz. Jedyną nadzieją był
Snape, który nie dawał znaku życia od kilku tygodni. Gdyby mieli nadmiar
tojadu, mogłaby skorzystać, by wykonać Eliksir Przebudzenia.
Zamknęła wreszcie kuchenne okno i usiadła do stołu. Zaczynało być chłodniej. Podciągnęła kolana pod brodę i sięgnęła po album. W końcu musiała to zrobić. Przede wszystkim chciała to zrobić. Jej jedyna pamiątka. Wszystkie inne zdjęcia zostały zmodyfikowane wraz z ich wspomnieniami. Tylko tę namiastkę pamięci mogła ocalić. Uśmiechnęła się smutno, otwierając album. Czarna okładka uchyliła pierwszą stronę, na której zobaczyła nikogo innego jak samą siebie i mamę. Dwa zdjęcia. Na pierwszym Hermiona jako kilkumiesięczne dziecko ze smoczkiem w ustach noszone przez młodą, śmiejącą się do obiektywu kobietę. Drugie zdjęcie przedstawiało samą szatynkę w pieluszce, raczkującą po dywanie. Z ciekawością wymalowaną na twarzy przypatrywała się aparatowi, wyciągając swoją małą, pulchną rączkę w stronę fotografa. Szkoda, że nie mogła tego pamiętać. Teraz każde wspomnienie dotyczące jej rodziny jest na wagę złota.
Miała przewertować następne strony albumu, kiedy usłyszała dobrze sobie znany trzask, towarzyszący aportacji i zamarła. Bardzo powoli sięgnęła po różdżkę, leżącą na blacie stołu i zostawiła album. Usłyszała kroki stawiane ciężkim, wojskowym butem. Na ścianach korytarza widoczny był cień, który z sekundy na sekundę powiększał się i zbliżał w stronę kuchni. Wyciągnęła dłoń z różdżką do przodu, celując w wejście. Nie wstała, by nie wywoływać niepotrzebnych hałasów. Ciężko oddychała, starając się być jak najciszej i nie zdradzić swojej obecności. Zza ściany wyłoniła się blond czupryna, pokryta kropelkami deszczu. Niebieskie oczy z zaciekawieniem wodziły wzrokiem po Hermionie i jej różdżce, wciąż wycelowanej w ich stronę.
- Miłe przywitanie, Granger – wychrypiał, opierając się o próg plecami. Nie było to nonszalanckie, lecz desperackie. Już nie patrzył w jej stronę. Widziała jak ledwie trzyma się na nogach. Opuściła różdżkę i odetchnęła.
- Żyjesz – było to stwierdzenie. Przekręcił głowę i spojrzał się rozbawiony na dziewczynę, po czym wrócił do wpatrywania się w punkt przed sobą. – Wszystko w porządku? – zapytała delikatnie.
- Nie.
- Chcesz kawy? – od razu wstała, wędrując wzrokiem do imbryka. Usłyszała jego zachrypnięty śmiech, zastąpiony po chwili kaszlem.
- Czy proponujesz ją wszystkim, którym pieprzy się życie? – rozbawienie nie opuszczało jego głosu. – Granger, jeśli chcesz komuś uprzyjemnić ciężkie chwile, zapytaj go, czy nie chce whiskey. Tak więc, whiskey, Hermiono. Nalej mi whiskey – polecił, przeciągając wypowiedź.
- Nie wierzę, że to robię – mruknęła sama do siebie. Posłusznie wyszła z kuchni, kierując się do jadalni, gdzie stał barek.
Blondyn odprowadził ją wzrokiem, po czym zdjął swój letni, szary płaszcz i rzucił na oparcie krzesła, na którym chwilę później usiadł. Szatynka wróciła z karafką wypełnioną bursztynowym płynem w lewej dłoni, zaś w drugiej dzierżąc kryształową szklankę. Postawiła oba przedmioty przed mężczyzną i usiadła na wcześniej zajmowanym miejscu.
- Nie pijesz? – pokręciła przecząco głową. – Mam pić sam? – spytał zdziwiony, jednak nie odmówił sobie nalania sporej ilości alkoholu do szklanki. Wzruszył ramionami. – Twoje zdrowie, Granger – uniósł napełnioną szklankę i przechylił w jej stronę.
- Dzięki – odmruknęła. Malfoy jednym haustem wypił całą zawartość szklanki, nawet się nie krzywiąc. Z hukiem ostawił puste już naczynie.
- Co się stało?
- Problemy rodzinne.
- Niewygodny temat? – wraz z jej pytaniem, sięgnął po album leżący na stole. Chciała zareagować, lecz był szybciej. – Zostaw to, Malfoy – pogroziła wściekłym spojrzeniem. Z kpiącym grymasem twarzy otworzył pierwszą stronę. Zrezygnowana Hermiona ukryła twarz w dłoni, opierając się łokciem o blat. Kiedy nie usłyszała żadnego komentarza, uchyliła dwa palce spoglądając na blondyna. Jego oczy świeciły się, a kąciki ust drgały. Nie było to prześmiewcze, on był rozbawiony. – Powiesz coś? – burknęła wyczekująco. Przeniósł wzrok z powrotem na dziewczynę i parsknął śmiechem.
- Pierwszy raz w życiu widzę cię bez szopy i z zamkniętymi ustami– wykrztusił, hamując napad śmiechu.
- Humor ci się nagle poprawił. Chyba wolałam cię chlającego i z problemami – niespodziewanie wyrwała mu album, przyciskając do siebie.
Zapadła cisza. Silencio, niczym rzucone w przestrzeń wisiało nad nimi, nieco piętnując atmosferę. Gwałtownie chwycił za butelkę, nalał kolejną porcję alkoholu.
- Lepiej? – zapytał ostro.
- Opowiesz, co się dzieje? – łagodny ton głosu kontrastował z jego podejściem. Wyprostował się na krześle i zauważyła jak jego ręka wędruje do kieszeni po papierosy.
- Chcesz być moim powiernikiem?
- Powiernikiem? Hmm… W sumie, tak. Mogę być twoim powiernikiem – odpowiedziała, mimo ironii. – Dużo masz tych grzechów, Malfoy?
- Zawsze się coś znajdzie, Granger. Rozczaruję cię jednak. Tu nie chodzi o moje grzeszki – nachylił się nad blatem i pokiwał przecząco palcem, by po chwili znów oprzeć się o krzesło.
- A o czyje?
- Każdy jest grzesznikiem – włożył papierosa między wargi i wyciągnął różdżkę, w celu podpalenia tytoniu.
- Tak, Malfoy, ale ta rozmowa do niczego nie prowadzi – przekrzywił głowę, a on się zaciągnął.
- Mam ci się żalić, zaufać, ale na co mam się powołać? Na nasze pogaduszki w kuchni? Nie mam do ciebie aż takiego zaufania, Granger.
- Aż takiego? Czyli jakieś musisz mieć – stwierdziła zwycięsko. Zmrużył oczy.
- Punkt dla ciebie.
- Co robiłeś przez te tygodnie? – wstała od stołu. Uznała, że jest jej potrzebna kawa, by kontynuować tę rozmowę. O śnie mogła pomarzyć, więc nawet nie przebierała się w piżamę.
- Wróciłem do posiadłości, byłem na Nokturnie, z Bellą u Gringotta i zdążyłem polecieć na dwie misje – streścił, przypatrując się krzątającej Gryfonce. – Jak z Luną? – szklanka omal nie wyślizgnęła się z jej dłoni, ale zdążyła posłużyć się refleksem.
- Obudziła się dzień po tym, jak poleciałeś – powiedziała cicho. – Nie pamiętała, co się stało, ale uznaliśmy, że musimy jej to wytłumaczyć. Nieświadomość, by ją osłabiła. Jak tylko się dowiedziała, rozpłakała się, wszystko sobie przypominając. To było wstrząsające – drżącymi dłońmi spróbowała otworzyć pojemnik z kawą, lecz po chwili zaklęła siarczyście i pochyliła się nad blatem, z dłoni rozłożonymi na jego powierzchni. W prawej dłoni ściskała mocno łyżeczkę, która ratowała ją od wbicia paznokci w skórę. – Zostawiłam ją tam z Molly i Lavender. Musiałam wyjść, rozumiesz? Nie mogłam tego znieść. Szlochała i wyła. Wyła jak ranne zwierzę – wykrztusiła zła na samą siebie. W jednej chwili wiedziała, że stoi za nią. Zdradził go zapach whiskey przemieszany z wonią świeżo spalonego tytoniu. Nie odważyła się odwrócić. Kątem oka zobaczyła, jak sięga po kawę i bezproblemowo otwiera wieczko. Jego biodro otarło się o jej lewy pośladek i zamarła, spinając się. Musnął lekko swoją bladą dłonią, skórę na jej ręce i sprowokował ją do rozluźnienia mięśni. W jednej chwili wyciągnął z uścisku łyżeczkę i napięcie minęło. Odetchnęła głęboko, choć jej oddech był nierówny. Miała nadzieję, że tego nie zauważył.
- Dwie łyżeczki, tak jak zwykle – nie dostrzegł tego, lub po prostu uznał komentarz za niepotrzebny.
- Dziękuję.
- Śpi?
- Tak, teraz praktycznie cały czas. Cieszymy się, bo od tygodnia normalnie je – dodała, odbierając pudełko z kawą i stawiając je na miejsce. Imbryk podgrzał różdżką, zaczął świstać, a ona przypatrywała się, jak wlewa wrzątek do kubka, jakby było to pasjonujące zajęcie. Zwróciła na jego dłonie, były silne, umięśnione, lecz z drugiej strony sprawiały wrażenie perfekcyjnych, nieskalanych pracą. Szybko odwróciła wzrok.
- Gotowe – popchnął parujący napój w jej stronę, po blacie. Skinęła głową w ramach podziękowań i upiła łyk.
- Wciąż nie mogę spać. Nie zasnęłabym, ale siedziała bezużyteczna. Teraz będę miała przynajmniej trochę energii – wytłumaczyła, niepytana.
- Kiedy ostatnio spałaś i ile? – zapytał, chwytając za swoją szklankę po alkoholu. Ku jej zaskoczeniu, nie nalał sobie kolejnej porcji, jednak zakasał rękawy i skierował się w stronę zlewu.
- Dwa dni temu, nie pamiętam dokładnie, ale coś około pięciu godzin – mruknęła, ponownie chowając twarz za kubkiem.
- Granger, wykończysz się – skwitował, puszczając wodę.
- A ty, kiedy spałeś?
- Tamtej nocy. Ogarnij się, dziewczyno, bo nie będzie z ciebie pożytku – posłała mu pytające spojrzenie, kiedy chwycił za ścierkę i zerknął na nią kątem oka. – Dobry czarodziej, to żywy czarodziej. Jeśli chcesz się na coś przydać, musisz być w pełni sił – wytknął jej. – Nie śpisz i strasznie schudłaś. Wiesz, że wystają ci obojczyki, a twoje oczy wyglądają jak po spotkaniu z pięściami?
- Jestem świadoma, tego, że wyglądam okropnie – odpowiedziała kąśliwie. – Akurat nie musisz mnie, o tym informować - skończył myć szklankę i odstawił ją, koncentrując całą swoją uwagę na dziewczynie. Oparł się biodrem o wysepkę kuchenną, podchwycając jej wściekłe spojrzenie.
- Wojna niesie za sobą żniwa. Każdy to wie, nawet mugole. A ty jako szlachetna Gryfonka skupiasz się na potrzebach i problemach wszystkich, tylko nie na swoich. Czasem trzeba być egoistą, by przeżyć. Pomyśl trochę o sobie, bo będzie coraz gorzej, a wtedy nie będziesz mogła pomóc nikomu, a tym bardziej sobie samej – oznajmił gorzko.
- Dam radę – hardo odparła.
- Jasne, Granger. Oczywiście, że dasz radę – parsknął z przekąsem. – W końcu jesteś pieprzoną Gryfonką. Możesz się teraz wykazać i odnieść whiskey na miejsce – przewróciła oczami, ale zabrała od niego suchą szklankę i sama odstawiła swój kubek z kawą. Po drodze wzięła jeszcze na wpół pełną karafkę ze stołu i ruszyła do jadalni.
Nie czuła się źle. Wszystko było dobrze. Ten miesiąc naprawdę im się udał. Razem z Remusem i Moodym przeprowadzili akcję odbicia transportu kilku więźniów, ich zapasy powiększyły się, Luna się wybudziła, a ktoś niedawno widział Harry’ego całego i zdrowego. Co mogło pójść źle?
Zaklęciem otworzyła barek i wstawiła rzeczy na swoje miejsce.
Kiedy wróciła do kuchni, mężczyzna stał przy otwartym oknie, paląc nowego papierosa. Zabrała kawę i usiadła na wcześniej zajmowane miejsce. Album leżał nieruszony.
- Opowiesz mi, co cię trapi, Malfoy? – zaczęła, znów biorąc większy łyk kawy.
- Zaraz. Spokojnie, Granger – zaciągnął się dymem, przetrzymał kilka sekund w płucach i wypuścił. – Myślałaś, żeby brać Eliksir Spokojnego Snu?
- Bardziej przyda się innym, na przykład Lunie. Poza tym, wiesz, że co za dużo, to niezdrowo. Gdybym piła go co noc… Skutki byłyby katastrofalne.
- No, tak.
- Więc, o co chodzi, Malfoy? – ponowiła pytanie, upijając kolejny łyk kawy.
- Ojciec uderzył matkę – oznajmił lakonicznie. Nieznacznie otworzyła usta – Przy wszystkich, na Sali. Nie mogłem podarować temu skurwielowi – pokręcił głową na wspomnienie czegoś bolesnego. Spostrzegła jak zaciskał pięść. Jak jego blade knykcie stawały się prawie białe.
- Czy go… - zaczęła delikatnie.
- Pierdolona, nieudolna komedia – uśmiechnął się, jednak oczy pozostały puste, wpatrzone w drewno podłogi. Zrobiło jej się ciężko, jakby spadł na nią kamień. – Nie, nie zabiłem go, jeśli o to ci chodzi. A szkoda – dodał nieco ciszej. Zgasił papierosa, otworzył drzwiczki, prowadzące pod zlew i rzucił tam niedopałek. Spojrzał na nią badawczo. Czuła się przytłoczona i zmęczona. Kofeina nie pomogła. Czyżby miała zaraz zasnąć?
I wtedy do niej dotarło.
On wyczekiwał.
- Czy ty dolałeś mi… - zaczęła, ale jej głos był już słaby.
- Niemądra z ciebie dziewczynka, Granger – usłyszała. Stanął nad nią i pomimo jej słabych protestów przerzucił przez swoje ramię. – Mówiłem, że musisz spać.
- Jesteś kutasem – wymamrotała na skraju snu. Zaśmiał się perliście.
Zamknęła wreszcie kuchenne okno i usiadła do stołu. Zaczynało być chłodniej. Podciągnęła kolana pod brodę i sięgnęła po album. W końcu musiała to zrobić. Przede wszystkim chciała to zrobić. Jej jedyna pamiątka. Wszystkie inne zdjęcia zostały zmodyfikowane wraz z ich wspomnieniami. Tylko tę namiastkę pamięci mogła ocalić. Uśmiechnęła się smutno, otwierając album. Czarna okładka uchyliła pierwszą stronę, na której zobaczyła nikogo innego jak samą siebie i mamę. Dwa zdjęcia. Na pierwszym Hermiona jako kilkumiesięczne dziecko ze smoczkiem w ustach noszone przez młodą, śmiejącą się do obiektywu kobietę. Drugie zdjęcie przedstawiało samą szatynkę w pieluszce, raczkującą po dywanie. Z ciekawością wymalowaną na twarzy przypatrywała się aparatowi, wyciągając swoją małą, pulchną rączkę w stronę fotografa. Szkoda, że nie mogła tego pamiętać. Teraz każde wspomnienie dotyczące jej rodziny jest na wagę złota.
Miała przewertować następne strony albumu, kiedy usłyszała dobrze sobie znany trzask, towarzyszący aportacji i zamarła. Bardzo powoli sięgnęła po różdżkę, leżącą na blacie stołu i zostawiła album. Usłyszała kroki stawiane ciężkim, wojskowym butem. Na ścianach korytarza widoczny był cień, który z sekundy na sekundę powiększał się i zbliżał w stronę kuchni. Wyciągnęła dłoń z różdżką do przodu, celując w wejście. Nie wstała, by nie wywoływać niepotrzebnych hałasów. Ciężko oddychała, starając się być jak najciszej i nie zdradzić swojej obecności. Zza ściany wyłoniła się blond czupryna, pokryta kropelkami deszczu. Niebieskie oczy z zaciekawieniem wodziły wzrokiem po Hermionie i jej różdżce, wciąż wycelowanej w ich stronę.
- Miłe przywitanie, Granger – wychrypiał, opierając się o próg plecami. Nie było to nonszalanckie, lecz desperackie. Już nie patrzył w jej stronę. Widziała jak ledwie trzyma się na nogach. Opuściła różdżkę i odetchnęła.
- Żyjesz – było to stwierdzenie. Przekręcił głowę i spojrzał się rozbawiony na dziewczynę, po czym wrócił do wpatrywania się w punkt przed sobą. – Wszystko w porządku? – zapytała delikatnie.
- Nie.
- Chcesz kawy? – od razu wstała, wędrując wzrokiem do imbryka. Usłyszała jego zachrypnięty śmiech, zastąpiony po chwili kaszlem.
- Czy proponujesz ją wszystkim, którym pieprzy się życie? – rozbawienie nie opuszczało jego głosu. – Granger, jeśli chcesz komuś uprzyjemnić ciężkie chwile, zapytaj go, czy nie chce whiskey. Tak więc, whiskey, Hermiono. Nalej mi whiskey – polecił, przeciągając wypowiedź.
- Nie wierzę, że to robię – mruknęła sama do siebie. Posłusznie wyszła z kuchni, kierując się do jadalni, gdzie stał barek.
Blondyn odprowadził ją wzrokiem, po czym zdjął swój letni, szary płaszcz i rzucił na oparcie krzesła, na którym chwilę później usiadł. Szatynka wróciła z karafką wypełnioną bursztynowym płynem w lewej dłoni, zaś w drugiej dzierżąc kryształową szklankę. Postawiła oba przedmioty przed mężczyzną i usiadła na wcześniej zajmowanym miejscu.
- Nie pijesz? – pokręciła przecząco głową. – Mam pić sam? – spytał zdziwiony, jednak nie odmówił sobie nalania sporej ilości alkoholu do szklanki. Wzruszył ramionami. – Twoje zdrowie, Granger – uniósł napełnioną szklankę i przechylił w jej stronę.
- Dzięki – odmruknęła. Malfoy jednym haustem wypił całą zawartość szklanki, nawet się nie krzywiąc. Z hukiem ostawił puste już naczynie.
- Co się stało?
- Problemy rodzinne.
- Niewygodny temat? – wraz z jej pytaniem, sięgnął po album leżący na stole. Chciała zareagować, lecz był szybciej. – Zostaw to, Malfoy – pogroziła wściekłym spojrzeniem. Z kpiącym grymasem twarzy otworzył pierwszą stronę. Zrezygnowana Hermiona ukryła twarz w dłoni, opierając się łokciem o blat. Kiedy nie usłyszała żadnego komentarza, uchyliła dwa palce spoglądając na blondyna. Jego oczy świeciły się, a kąciki ust drgały. Nie było to prześmiewcze, on był rozbawiony. – Powiesz coś? – burknęła wyczekująco. Przeniósł wzrok z powrotem na dziewczynę i parsknął śmiechem.
- Pierwszy raz w życiu widzę cię bez szopy i z zamkniętymi ustami– wykrztusił, hamując napad śmiechu.
- Humor ci się nagle poprawił. Chyba wolałam cię chlającego i z problemami – niespodziewanie wyrwała mu album, przyciskając do siebie.
Zapadła cisza. Silencio, niczym rzucone w przestrzeń wisiało nad nimi, nieco piętnując atmosferę. Gwałtownie chwycił za butelkę, nalał kolejną porcję alkoholu.
- Lepiej? – zapytał ostro.
- Opowiesz, co się dzieje? – łagodny ton głosu kontrastował z jego podejściem. Wyprostował się na krześle i zauważyła jak jego ręka wędruje do kieszeni po papierosy.
- Chcesz być moim powiernikiem?
- Powiernikiem? Hmm… W sumie, tak. Mogę być twoim powiernikiem – odpowiedziała, mimo ironii. – Dużo masz tych grzechów, Malfoy?
- Zawsze się coś znajdzie, Granger. Rozczaruję cię jednak. Tu nie chodzi o moje grzeszki – nachylił się nad blatem i pokiwał przecząco palcem, by po chwili znów oprzeć się o krzesło.
- A o czyje?
- Każdy jest grzesznikiem – włożył papierosa między wargi i wyciągnął różdżkę, w celu podpalenia tytoniu.
- Tak, Malfoy, ale ta rozmowa do niczego nie prowadzi – przekrzywił głowę, a on się zaciągnął.
- Mam ci się żalić, zaufać, ale na co mam się powołać? Na nasze pogaduszki w kuchni? Nie mam do ciebie aż takiego zaufania, Granger.
- Aż takiego? Czyli jakieś musisz mieć – stwierdziła zwycięsko. Zmrużył oczy.
- Punkt dla ciebie.
- Co robiłeś przez te tygodnie? – wstała od stołu. Uznała, że jest jej potrzebna kawa, by kontynuować tę rozmowę. O śnie mogła pomarzyć, więc nawet nie przebierała się w piżamę.
- Wróciłem do posiadłości, byłem na Nokturnie, z Bellą u Gringotta i zdążyłem polecieć na dwie misje – streścił, przypatrując się krzątającej Gryfonce. – Jak z Luną? – szklanka omal nie wyślizgnęła się z jej dłoni, ale zdążyła posłużyć się refleksem.
- Obudziła się dzień po tym, jak poleciałeś – powiedziała cicho. – Nie pamiętała, co się stało, ale uznaliśmy, że musimy jej to wytłumaczyć. Nieświadomość, by ją osłabiła. Jak tylko się dowiedziała, rozpłakała się, wszystko sobie przypominając. To było wstrząsające – drżącymi dłońmi spróbowała otworzyć pojemnik z kawą, lecz po chwili zaklęła siarczyście i pochyliła się nad blatem, z dłoni rozłożonymi na jego powierzchni. W prawej dłoni ściskała mocno łyżeczkę, która ratowała ją od wbicia paznokci w skórę. – Zostawiłam ją tam z Molly i Lavender. Musiałam wyjść, rozumiesz? Nie mogłam tego znieść. Szlochała i wyła. Wyła jak ranne zwierzę – wykrztusiła zła na samą siebie. W jednej chwili wiedziała, że stoi za nią. Zdradził go zapach whiskey przemieszany z wonią świeżo spalonego tytoniu. Nie odważyła się odwrócić. Kątem oka zobaczyła, jak sięga po kawę i bezproblemowo otwiera wieczko. Jego biodro otarło się o jej lewy pośladek i zamarła, spinając się. Musnął lekko swoją bladą dłonią, skórę na jej ręce i sprowokował ją do rozluźnienia mięśni. W jednej chwili wyciągnął z uścisku łyżeczkę i napięcie minęło. Odetchnęła głęboko, choć jej oddech był nierówny. Miała nadzieję, że tego nie zauważył.
- Dwie łyżeczki, tak jak zwykle – nie dostrzegł tego, lub po prostu uznał komentarz za niepotrzebny.
- Dziękuję.
- Śpi?
- Tak, teraz praktycznie cały czas. Cieszymy się, bo od tygodnia normalnie je – dodała, odbierając pudełko z kawą i stawiając je na miejsce. Imbryk podgrzał różdżką, zaczął świstać, a ona przypatrywała się, jak wlewa wrzątek do kubka, jakby było to pasjonujące zajęcie. Zwróciła na jego dłonie, były silne, umięśnione, lecz z drugiej strony sprawiały wrażenie perfekcyjnych, nieskalanych pracą. Szybko odwróciła wzrok.
- Gotowe – popchnął parujący napój w jej stronę, po blacie. Skinęła głową w ramach podziękowań i upiła łyk.
- Wciąż nie mogę spać. Nie zasnęłabym, ale siedziała bezużyteczna. Teraz będę miała przynajmniej trochę energii – wytłumaczyła, niepytana.
- Kiedy ostatnio spałaś i ile? – zapytał, chwytając za swoją szklankę po alkoholu. Ku jej zaskoczeniu, nie nalał sobie kolejnej porcji, jednak zakasał rękawy i skierował się w stronę zlewu.
- Dwa dni temu, nie pamiętam dokładnie, ale coś około pięciu godzin – mruknęła, ponownie chowając twarz za kubkiem.
- Granger, wykończysz się – skwitował, puszczając wodę.
- A ty, kiedy spałeś?
- Tamtej nocy. Ogarnij się, dziewczyno, bo nie będzie z ciebie pożytku – posłała mu pytające spojrzenie, kiedy chwycił za ścierkę i zerknął na nią kątem oka. – Dobry czarodziej, to żywy czarodziej. Jeśli chcesz się na coś przydać, musisz być w pełni sił – wytknął jej. – Nie śpisz i strasznie schudłaś. Wiesz, że wystają ci obojczyki, a twoje oczy wyglądają jak po spotkaniu z pięściami?
- Jestem świadoma, tego, że wyglądam okropnie – odpowiedziała kąśliwie. – Akurat nie musisz mnie, o tym informować - skończył myć szklankę i odstawił ją, koncentrując całą swoją uwagę na dziewczynie. Oparł się biodrem o wysepkę kuchenną, podchwycając jej wściekłe spojrzenie.
- Wojna niesie za sobą żniwa. Każdy to wie, nawet mugole. A ty jako szlachetna Gryfonka skupiasz się na potrzebach i problemach wszystkich, tylko nie na swoich. Czasem trzeba być egoistą, by przeżyć. Pomyśl trochę o sobie, bo będzie coraz gorzej, a wtedy nie będziesz mogła pomóc nikomu, a tym bardziej sobie samej – oznajmił gorzko.
- Dam radę – hardo odparła.
- Jasne, Granger. Oczywiście, że dasz radę – parsknął z przekąsem. – W końcu jesteś pieprzoną Gryfonką. Możesz się teraz wykazać i odnieść whiskey na miejsce – przewróciła oczami, ale zabrała od niego suchą szklankę i sama odstawiła swój kubek z kawą. Po drodze wzięła jeszcze na wpół pełną karafkę ze stołu i ruszyła do jadalni.
Nie czuła się źle. Wszystko było dobrze. Ten miesiąc naprawdę im się udał. Razem z Remusem i Moodym przeprowadzili akcję odbicia transportu kilku więźniów, ich zapasy powiększyły się, Luna się wybudziła, a ktoś niedawno widział Harry’ego całego i zdrowego. Co mogło pójść źle?
Zaklęciem otworzyła barek i wstawiła rzeczy na swoje miejsce.
Kiedy wróciła do kuchni, mężczyzna stał przy otwartym oknie, paląc nowego papierosa. Zabrała kawę i usiadła na wcześniej zajmowane miejsce. Album leżał nieruszony.
- Opowiesz mi, co cię trapi, Malfoy? – zaczęła, znów biorąc większy łyk kawy.
- Zaraz. Spokojnie, Granger – zaciągnął się dymem, przetrzymał kilka sekund w płucach i wypuścił. – Myślałaś, żeby brać Eliksir Spokojnego Snu?
- Bardziej przyda się innym, na przykład Lunie. Poza tym, wiesz, że co za dużo, to niezdrowo. Gdybym piła go co noc… Skutki byłyby katastrofalne.
- No, tak.
- Więc, o co chodzi, Malfoy? – ponowiła pytanie, upijając kolejny łyk kawy.
- Ojciec uderzył matkę – oznajmił lakonicznie. Nieznacznie otworzyła usta – Przy wszystkich, na Sali. Nie mogłem podarować temu skurwielowi – pokręcił głową na wspomnienie czegoś bolesnego. Spostrzegła jak zaciskał pięść. Jak jego blade knykcie stawały się prawie białe.
- Czy go… - zaczęła delikatnie.
- Pierdolona, nieudolna komedia – uśmiechnął się, jednak oczy pozostały puste, wpatrzone w drewno podłogi. Zrobiło jej się ciężko, jakby spadł na nią kamień. – Nie, nie zabiłem go, jeśli o to ci chodzi. A szkoda – dodał nieco ciszej. Zgasił papierosa, otworzył drzwiczki, prowadzące pod zlew i rzucił tam niedopałek. Spojrzał na nią badawczo. Czuła się przytłoczona i zmęczona. Kofeina nie pomogła. Czyżby miała zaraz zasnąć?
I wtedy do niej dotarło.
On wyczekiwał.
- Czy ty dolałeś mi… - zaczęła, ale jej głos był już słaby.
- Niemądra z ciebie dziewczynka, Granger – usłyszała. Stanął nad nią i pomimo jej słabych protestów przerzucił przez swoje ramię. – Mówiłem, że musisz spać.
- Jesteś kutasem – wymamrotała na skraju snu. Zaśmiał się perliście.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz