piątek, 5 sierpnia 2016

1 lipca 1998r.

                Na podwórku było wyjątkowo spokojnie, jedynie wiatr zagłuszał tę urokliwą ciszę, panującą między drzewami. Niebo było gwiaździste, a księżyc szlachetnie z nocy na noc przybierał na sile. Od razu pomyślała o Lupinie. Niedługo pełnia. Eliksir pomagający mu w utrzymaniu stabilności kończył im się. Wywar Tojadowy, pomimo, że opisywany w książkach dla zaawansowanych, nie stanowił problemu dla Hermiony. Gorzej było ze składnikami. Tojad rósł na dzikich, niezaludnionych miejscach. Nie mogli udać się w tym momencie na ekspedycję, jeszcze nie teraz. Jedyną nadzieją był Snape, który nie dawał znaku życia od kilku tygodni. Gdyby mieli nadmiar tojadu, mogłaby skorzystać, by wykonać Eliksir Przebudzenia.
                Zamknęła wreszcie kuchenne okno i usiadła do stołu. Zaczynało być chłodniej. Podciągnęła kolana pod brodę i sięgnęła po album. W końcu musiała to zrobić. Przede wszystkim chciała to zrobić. Jej jedyna pamiątka. Wszystkie inne zdjęcia zostały zmodyfikowane wraz z ich wspomnieniami. Tylko tę namiastkę pamięci mogła ocalić. Uśmiechnęła się smutno, otwierając album. Czarna okładka uchyliła pierwszą stronę, na której zobaczyła nikogo innego jak samą siebie i mamę. Dwa zdjęcia. Na pierwszym Hermiona jako kilkumiesięczne dziecko ze smoczkiem w ustach noszone przez młodą, śmiejącą się do obiektywu kobietę. Drugie zdjęcie przedstawiało samą szatynkę w pieluszce, raczkującą po dywanie. Z ciekawością wymalowaną na twarzy przypatrywała się aparatowi, wyciągając swoją małą, pulchną rączkę w stronę fotografa. Szkoda, że nie mogła tego pamiętać. Teraz każde wspomnienie dotyczące jej rodziny jest na wagę złota. 
                Miała przewertować następne strony albumu, kiedy usłyszała dobrze sobie znany trzask, towarzyszący aportacji i zamarła. Bardzo powoli sięgnęła po różdżkę, leżącą na blacie stołu i zostawiła album. Usłyszała kroki stawiane ciężkim, wojskowym butem. Na ścianach korytarza widoczny był cień, który z sekundy na sekundę powiększał się i zbliżał w stronę kuchni. Wyciągnęła dłoń z różdżką do przodu, celując w wejście. Nie wstała, by nie wywoływać niepotrzebnych hałasów. Ciężko oddychała, starając się być jak najciszej i nie zdradzić swojej obecności. Zza ściany wyłoniła się blond czupryna, pokryta kropelkami deszczu. Niebieskie oczy z zaciekawieniem wodziły wzrokiem po Hermionie i jej różdżce, wciąż wycelowanej w ich stronę.
                - Miłe przywitanie, Granger – wychrypiał, opierając się o próg plecami. Nie było to nonszalanckie, lecz desperackie. Już nie patrzył w jej stronę. Widziała jak ledwie trzyma się na nogach. Opuściła różdżkę i odetchnęła.
                - Żyjesz – było to stwierdzenie. Przekręcił głowę i spojrzał się rozbawiony na dziewczynę, po czym wrócił do wpatrywania się w punkt przed sobą. – Wszystko w porządku? – zapytała delikatnie.
                - Nie.
                - Chcesz kawy? – od razu wstała, wędrując wzrokiem do imbryka. Usłyszała jego zachrypnięty śmiech, zastąpiony po chwili kaszlem.
                - Czy proponujesz ją wszystkim, którym pieprzy się życie? – rozbawienie nie opuszczało jego głosu. – Granger, jeśli chcesz komuś uprzyjemnić ciężkie chwile, zapytaj go, czy nie chce whiskey. Tak więc, whiskey, Hermiono. Nalej mi whiskey – polecił, przeciągając wypowiedź.
                - Nie wierzę, że to robię – mruknęła sama do siebie. Posłusznie wyszła z kuchni, kierując się do jadalni, gdzie stał barek. 
                 Blondyn odprowadził ją wzrokiem, po czym zdjął swój letni, szary płaszcz i rzucił na oparcie krzesła, na którym chwilę później usiadł. Szatynka wróciła z karafką wypełnioną bursztynowym płynem w lewej dłoni, zaś w drugiej dzierżąc kryształową szklankę. Postawiła oba przedmioty przed mężczyzną i usiadła na wcześniej zajmowanym miejscu.
                - Nie pijesz? – pokręciła przecząco głową. – Mam pić sam? – spytał zdziwiony, jednak nie odmówił sobie nalania sporej ilości alkoholu do szklanki. Wzruszył ramionami. – Twoje zdrowie, Granger – uniósł napełnioną szklankę i przechylił w jej stronę.
                - Dzięki – odmruknęła. Malfoy jednym haustem wypił całą zawartość szklanki, nawet się nie krzywiąc. Z hukiem ostawił puste już naczynie.
                - Co się stało?
                - Problemy rodzinne.
                - Niewygodny temat? – wraz z jej pytaniem, sięgnął po album leżący na stole. Chciała zareagować, lecz był szybciej. – Zostaw to, Malfoy – pogroziła wściekłym spojrzeniem. Z kpiącym grymasem twarzy otworzył pierwszą stronę. Zrezygnowana Hermiona ukryła twarz w dłoni, opierając się łokciem o blat. Kiedy nie usłyszała żadnego komentarza, uchyliła dwa palce spoglądając na blondyna. Jego oczy świeciły się, a kąciki ust drgały. Nie było to prześmiewcze, on był rozbawiony. – Powiesz coś? – burknęła wyczekująco. Przeniósł wzrok z powrotem na dziewczynę i parsknął śmiechem.
                - Pierwszy raz w życiu widzę cię bez szopy i z zamkniętymi ustami– wykrztusił, hamując napad śmiechu.
                - Humor ci się nagle poprawił. Chyba wolałam cię chlającego i z problemami – niespodziewanie wyrwała mu album, przyciskając do siebie.
                Zapadła cisza. Silencio, niczym rzucone w przestrzeń wisiało nad nimi, nieco piętnując atmosferę. Gwałtownie chwycił za butelkę, nalał kolejną porcję alkoholu.
                - Lepiej? – zapytał ostro.
                - Opowiesz, co się dzieje? – łagodny ton głosu kontrastował z jego podejściem. Wyprostował się na krześle i zauważyła jak jego ręka wędruje do kieszeni po papierosy.
                - Chcesz być moim powiernikiem?
                - Powiernikiem? Hmm… W sumie, tak. Mogę być twoim powiernikiem – odpowiedziała, mimo ironii. – Dużo masz tych grzechów, Malfoy?
                - Zawsze się coś znajdzie, Granger. Rozczaruję cię jednak. Tu nie chodzi o moje grzeszki – nachylił się nad blatem i pokiwał przecząco palcem, by po chwili znów oprzeć się o krzesło.
                - A o czyje?
                - Każdy jest grzesznikiem – włożył papierosa między wargi i wyciągnął różdżkę, w celu podpalenia tytoniu.
                - Tak, Malfoy, ale ta rozmowa do niczego nie prowadzi – przekrzywił głowę, a on się zaciągnął.
                - Mam ci się żalić, zaufać, ale na co mam się powołać? Na nasze pogaduszki w kuchni? Nie mam do ciebie aż takiego zaufania, Granger.
                 - Aż takiego? Czyli jakieś musisz mieć – stwierdziła zwycięsko. Zmrużył oczy. 
                 - Punkt dla ciebie.
                - Co robiłeś przez te tygodnie? – wstała od stołu. Uznała, że jest jej potrzebna kawa, by kontynuować tę rozmowę. O śnie mogła pomarzyć, więc nawet nie przebierała się w piżamę.
                - Wróciłem do posiadłości, byłem na Nokturnie, z Bellą u Gringotta i zdążyłem polecieć na dwie misje – streścił, przypatrując się krzątającej Gryfonce. – Jak z Luną? – szklanka omal nie wyślizgnęła się z jej dłoni, ale zdążyła posłużyć się refleksem.
                - Obudziła się dzień po tym, jak poleciałeś – powiedziała cicho. – Nie pamiętała, co się stało, ale uznaliśmy, że musimy jej to wytłumaczyć. Nieświadomość, by ją osłabiła. Jak tylko się dowiedziała, rozpłakała się, wszystko sobie przypominając. To było wstrząsające – drżącymi dłońmi spróbowała otworzyć pojemnik z kawą, lecz po chwili zaklęła siarczyście i pochyliła się nad blatem, z dłoni rozłożonymi na jego powierzchni. W prawej dłoni ściskała mocno łyżeczkę, która ratowała ją od wbicia paznokci w skórę. – Zostawiłam ją tam z Molly i Lavender. Musiałam wyjść, rozumiesz? Nie mogłam tego znieść. Szlochała i wyła. Wyła jak ranne zwierzę – wykrztusiła zła na samą siebie. W jednej chwili wiedziała, że stoi za nią. Zdradził go zapach whiskey przemieszany z wonią świeżo spalonego tytoniu. Nie odważyła się odwrócić. Kątem oka zobaczyła, jak sięga po kawę i bezproblemowo otwiera wieczko. Jego biodro otarło się o jej lewy pośladek i zamarła, spinając się. Musnął lekko swoją bladą dłonią, skórę na jej ręce i sprowokował ją do rozluźnienia mięśni. W jednej chwili wyciągnął z uścisku łyżeczkę i napięcie minęło. Odetchnęła głęboko, choć jej oddech był nierówny. Miała nadzieję, że tego nie zauważył.
                - Dwie łyżeczki, tak jak zwykle – nie dostrzegł tego, lub po prostu uznał komentarz za niepotrzebny.
                - Dziękuję.
                - Śpi?
                - Tak, teraz praktycznie cały czas. Cieszymy się, bo od tygodnia normalnie je – dodała, odbierając pudełko z kawą i stawiając je na miejsce. Imbryk podgrzał różdżką, zaczął świstać, a ona przypatrywała się, jak wlewa wrzątek do kubka, jakby było to pasjonujące zajęcie. Zwróciła na jego dłonie, były silne, umięśnione, lecz z drugiej strony sprawiały wrażenie perfekcyjnych, nieskalanych pracą. Szybko odwróciła wzrok.
                - Gotowe – popchnął parujący napój w jej stronę, po blacie. Skinęła głową w ramach podziękowań i upiła łyk.
                - Wciąż nie mogę spać. Nie zasnęłabym, ale siedziała bezużyteczna. Teraz będę miała przynajmniej trochę energii – wytłumaczyła, niepytana.
                - Kiedy ostatnio spałaś i ile? – zapytał, chwytając za swoją szklankę po alkoholu. Ku jej zaskoczeniu, nie nalał sobie kolejnej porcji, jednak zakasał rękawy i skierował się w stronę zlewu.
                - Dwa dni temu, nie pamiętam dokładnie, ale coś około pięciu godzin – mruknęła, ponownie chowając twarz za kubkiem.
                - Granger, wykończysz się – skwitował, puszczając wodę.
                - A ty, kiedy spałeś?
                - Tamtej nocy. Ogarnij się, dziewczyno, bo nie będzie z ciebie pożytku – posłała mu pytające spojrzenie, kiedy chwycił za ścierkę i zerknął na nią kątem oka. – Dobry czarodziej, to żywy czarodziej. Jeśli chcesz się na coś przydać, musisz być w pełni sił – wytknął jej. – Nie śpisz i strasznie schudłaś. Wiesz, że wystają ci obojczyki, a twoje oczy wyglądają jak po spotkaniu z pięściami?
                - Jestem świadoma, tego, że wyglądam okropnie – odpowiedziała kąśliwie. – Akurat nie musisz mnie, o tym informować - skończył myć szklankę i odstawił ją, koncentrując całą swoją uwagę na dziewczynie. Oparł się biodrem o wysepkę kuchenną, podchwycając jej wściekłe spojrzenie.
                 - Wojna niesie za sobą żniwa. Każdy to wie, nawet mugole. A ty jako szlachetna Gryfonka skupiasz się na potrzebach i problemach wszystkich, tylko nie na swoich. Czasem trzeba być egoistą, by przeżyć. Pomyśl trochę o sobie, bo będzie coraz gorzej, a wtedy nie będziesz mogła pomóc nikomu, a tym bardziej sobie samej – oznajmił gorzko.
                - Dam radę – hardo odparła.
                - Jasne, Granger. Oczywiście, że dasz radę – parsknął z przekąsem. – W końcu jesteś pieprzoną Gryfonką. Możesz się teraz wykazać i odnieść whiskey na miejsce – przewróciła oczami, ale zabrała od niego suchą szklankę i sama odstawiła swój kubek z kawą. Po drodze wzięła jeszcze na wpół pełną karafkę ze stołu i ruszyła do jadalni.
                Nie czuła się źle. Wszystko było dobrze. Ten miesiąc naprawdę im się udał. Razem z Remusem i Moodym przeprowadzili akcję odbicia transportu kilku więźniów, ich zapasy powiększyły się, Luna się wybudziła, a ktoś niedawno widział Harry’ego całego i zdrowego. Co mogło pójść źle?
                Zaklęciem otworzyła barek i wstawiła rzeczy na swoje miejsce.
                Kiedy wróciła do kuchni, mężczyzna stał przy otwartym oknie, paląc nowego papierosa. Zabrała kawę i usiadła na wcześniej zajmowane miejsce. Album leżał nieruszony.
                - Opowiesz mi, co cię trapi, Malfoy? – zaczęła, znów biorąc większy łyk kawy.
                - Zaraz. Spokojnie, Granger – zaciągnął się dymem, przetrzymał kilka sekund w płucach i wypuścił. – Myślałaś, żeby brać Eliksir Spokojnego Snu?
                - Bardziej przyda się innym, na przykład Lunie. Poza tym, wiesz, że co za dużo, to niezdrowo. Gdybym piła go co noc… Skutki byłyby katastrofalne.
                - No, tak.
                - Więc, o co chodzi, Malfoy? – ponowiła pytanie, upijając kolejny łyk kawy.
                - Ojciec uderzył matkę – oznajmił lakonicznie. Nieznacznie otworzyła usta – Przy wszystkich, na Sali. Nie mogłem podarować temu skurwielowi – pokręcił głową na wspomnienie czegoś bolesnego. Spostrzegła jak zaciskał pięść. Jak jego blade knykcie stawały się prawie białe.
                - Czy go… - zaczęła delikatnie.
                - Pierdolona, nieudolna komedia – uśmiechnął się, jednak oczy pozostały puste, wpatrzone w drewno podłogi. Zrobiło jej się ciężko, jakby spadł na nią kamień. – Nie, nie zabiłem go, jeśli o to ci chodzi. A szkoda – dodał nieco ciszej. Zgasił papierosa, otworzył drzwiczki, prowadzące pod zlew i rzucił tam niedopałek. Spojrzał na nią badawczo. Czuła się przytłoczona i zmęczona. Kofeina nie pomogła. Czyżby miała zaraz zasnąć?
                I wtedy do niej dotarło.
                On wyczekiwał.
                - Czy ty dolałeś mi… - zaczęła, ale jej głos był już słaby.
                - Niemądra z ciebie dziewczynka, Granger – usłyszała. Stanął nad nią i pomimo jej słabych protestów przerzucił przez swoje ramię. – Mówiłem, że musisz spać.
                - Jesteś kutasem – wymamrotała na skraju snu. Zaśmiał się perliście.

7 czerwca 1998r.


                - Która godzina? - spytał zniecierpliwiony Artur. Malfoy odkasał rękaw swojej koszuli, pod którą mienił się złoty zegarek. 
- Kwadrans po północy – odparł, patrząc się w zapalone okna na piętrze. – Zaraz zejdą. 
- Dlaczego robimy to w nocy, kiedy nic nie widać? – zagadnęła Hermiona, poprawiając swój biały sweter. Mimo, iż było lato, noce bywały wyjątkowo chłodne. 
- Od tego masz takie zaklęcie, jak Lumos, Granger – oznajmił lekceważącym głosem. Zmrużyła oczy, patrząc na niego gniewnie, lecz dzięki słabemu światłu z latarenek, umocowanych nad drzwiami, nie zobaczył jej spojrzenia. Przynajmniej przez chwilę tak myślała, bo moment później ich oczy się skrzyżowały. Chyba nie był dziś w humorze – A robimy to nocą, ponieważ patrole Śmierciożerców nie dostrzegą, że ktoś biega po polach, obok byłej siedziby Zakonu Feniksa. 
- Czego właściwie szukamy? – Ginny, która stała obok swojego taty, wtulona w jego rękę, nieśmiało zabrała głos. Arystokrata przewrócił oczami. 
- Naprawdę wyruszasz na misję, nie znając jej celu? – zapytał poirytowany. 
- Hej, chcę po prostu wrócić na chwilę do swojego domu! 
- Już nie masz domu. To spalone szczątki, które ledwie się trzymają – skwitował gorzko. Ginevra zachłysnęła się powietrzem, zaś Artur przyciągnął ją bliżej siebie. 
- Draconie... - wtrącił Lupin, posyłając mu niepochlebne spojrzenie. 
- Taka jest prawda – odpowiedział, wzruszając ramionami. 
- Jak ci nie wstyd?! – Hermiona szturchnęła go w ramię, na co uniósł jedną brew. – Jakbyś się poczuł na jej miejscu, kiedy Malfoy Manor spłonęłoby?! – krzyknęła z wyrzutem. 
- Cieszyłbym się i miał nadzieję, że połowa hołoty w tym domu obróciła się w popiół razem z nim – dodał bezczelnie, wprawiając resztę w osłupienie.
- Widzę, że nie mamy, o czym rozmawiać – stwierdziła z rezygnacją, unosząc ręce w geście poddania. Odwróciła się na pięcie i uświadomiła sobie, że jego arogancji i bezczelności nie zmieni nikt. Zero empatii. Jak on tak mógł?! 
Zapadła cisza. Nieco krępująca dla nich wszystkich. Z wyczekiwaniem spoglądali na wejście.
- No w końcu! – westchnął pan Weasley. Bliźniacy wyszli po z budynku, uważając, by nie trzasnąć drzwiami. – Co wy tam tak długo robiliście? – spytał, ruszając do przodu z Ginny pod ramię. 
- Byliśmy w swoim pokoju – powiedział George. 
- Szukaliśmy tego – dodał Fred, wyciągając mały metalowy prostokąt zza pazuchy. 
- Wygaszacz! – krzyknęła zdumiona Hermiona, podchodząc bliżej. – Skąd go macie? Ron go nie zabrał? – nie mogła uwierzyć. Myślała, że chłopacy zabrali rzeczy po Dumbledorze, które im zostawił w spadku. 
- Najwyraźniej nie – wzruszył ramionami starszy z bliźniaków. – Podwędziliśmy mu go w dzień wesela, oczywiście z zamiarem późniejszego zwrotu. 
- Czyli moja książka i znicz Harry'ego mogą wciąż być gdzieś w Norze – wykrztusiła, wodząc wzrokiem po wygaszaczu. 
- Dobra, dość tych pogawędek. Mamy robotę – przerwał im Malfoy. – Teleportujemy się spod latarni przy skrzyżowaniu dróg polnych. Powinniśmy wylądować w polu, na północ od Nory. Idziemy do niej wszyscy. Fred i George idą do piwnicy i swojego pokoju, Pan Weasley z córką zajmą się kuchnią, jadalnią, salonem i pierwszym piętrem, a Lupin, Granger i ja bierzemy się za resztę pokoi i strych. Do twojej wiadomości, Ruda, prócz eliksirów i wszystkich bibelotów, które mogą nam się przydać, szukamy pozostałych rzeczy Pottera. Mogą tam być wskazówki dotyczące Horkruksów – rzucił przez ramię, wciąż idąc w wyznaczonym kierunku. 
- Kiedy cokolwiek będzie się działo, krzyczcie, używajcie różdżek, a w ostateczności teleportujcie, jasne? – wszyscy przytaknęli Lupinowi. Nagle zatrzymali się. Draco od niechcenia wystawił do przodu dłoń, na której wylądowała ręka Lupina. Reszta wymieniła niepewne spojrzenia. 
- Na co czekacie? – warknął Draco. Hermiona westchnęła i pewnie dołożyła swoją dłoń. W ślad za nią poszły następne osoby. 
Chwilę później wszyscy poczuli zawroty głowy i towarzyszące im szarpnięcie w okolicy pępka. Zapanowała ciemność, lecz wszyscy mogli usłyszeć szelest. Bez dwóch zdań wylądowali w zbożu, które o tej porze roku sięgało im do pasa. 
- Lumos! – usłyszeli głos Artura, a koniec jego różdżki błysnął, oświetlając okolice. – Tam jest Nora – wskazał dłonią przed siebie. Wszyscy doskonale widzieli zarys czarnego budynku na tle granatowego nieba. 
- Nikt się nie zgubił? To ruszamy – nie czekając na odpowiedź Draco wystąpił przed nich, w stronę domu. Z jego różdżki również błysnęło światło, w ślad za nim poszli pozostali. 
- Zbieramy się przed wejściem, jak tylko słońce wzejdzie – krzyknął Artur. Byli kilkanaście metrów od Nory. Bliźniacy gorączkowo szeptali coś między sobą, a Ginny szła obok nich, nerwowo pocierając swoje ramiona. Usłyszeli trzask i okna Nory rozświetliły się. Lupin i Dracon przystanęli gwałtownie, przez co Artur o mały włos na nich nie wpadł. 
- Działa! – z tyłów dobiegł okrzyk radości Freda i Georga, którzy nieskrępowanie przybili sobie piątkę. 
- Myślicie, że zapalone światło w opuszczonym od dawna budynku nie przyciągnie niczyjej uwagi? – spytał Lupin, krzyżując ramiona na piersiach. 
- Przyciągnie – przytaknął George. 
- Ale jak ułatwi zadanie – wyszczerzył się Fred. Animag pokręcił głową i westchnął w kierunku nieba. 
- W sumie mają trochę racji – zgodził się Pan Weasley, wpatrując się w swój dawny dom z utęsknieniem. Zniszczone, zadymione, a w niektórych miejscach zawalone ściany nie stanowiły przyjemnego obrazu dla oka. Jedynie okna, w których świeciło się światło, a zasłonki nie były do końca zasłonięte stwarzały pozory normalnego, ciepłego domu. W głębi duszy pragnął, by wszystko było po staremu. Wierzył, że po wojnie wrócą tu w komplecie i odbudują nowy, lepszy dom. 
- Można stworzyć iluzję – oznajmił Draco po chwili zastanowienia. 
- Iluzje to stara magia, dawno nie praktykowana, bo i nieoficjalnie zabroniona. Jedynie wiekowi czarodzieje lub ci, którzy korzystają z czarnej magii się nimi posługują – wyrecytowała Hermiona z lekkim oburzeniem. Dopiero po chwili, pod wpływem pełnego politowania spojrzenia Dracona, który trzymał już różdżkę w dłoni, opamiętała się i zrozumiała, co powiedziała. – Oh, no tak – powiedziała lekko zbita z tropu. Arystokrata odwrócił głowę z powrotem w kierunku Nory i wyrecytował kilka nieznanych im formułek, a światła zaczęły stopniowo przygasać, by w pewnym momencie wygasnąć. 
- Chodźcie – polecił Dracon. 
Minutę później wchodzili na podwórko wielkiego domostwa. Można było zobaczyć zarysy stojących przy drzwiach kociołków i kilka narzędzi ogrodniczych. 
- Ciekawe, czy są gnomy – zagadnął Fred, szturchając swojego brata. Artur posłał im karcące spojrzenie, którego mogli nie dostrzec, bo śmiali się wesoło. 
- Przynajmniej oni mają dobry humor – mruknęła cierpko Hermiona. Draco zrównał z nią krok i odpowiedział głośno: 
- Zawsze znajdą się jakieś czarne owce – po czym ściszył ton swojego głosu i dodał – ale można im zazdrościć takiego nastawienia. 
- To prawda – wsadziła ręce w kieszenie. – Draco? – zaczęła niepewnie. Chciała już po chwili zrezygnować, widząc, że blondyn nie jest w najlepszym humorze. 
- Hm? – mruknął, a ona poczuła, że może spróbować.
- Wiesz, ile Horkruksów jest w Hogwarcie? – zagryzła wargę w oczekiwaniu na odpowiedź. Mężczyzna szedł dalej, w ciszy. 
- Granger, cokolwiek chcesz zrobić – przeniósł na nią spojrzenie. Widziała, że go bardziej zdenerwowała. Cholera. – Nie idź do Hogwartu, radzę ci. – przystanęli przy wejściu, czekając aż dołączy do nich reszta grupy. 
- Pierwszo podsuwasz mi wskazówki, a potem nie chcesz pomóc? – ściszyła lekko ton, by nikt ich nie dosłyszał. W jej głosie można było dosłyszeć nutkę irytacji. 
- Nikt nie powiedział, ze będę ci pomagał – odwarknął, po czym wyraźnie wskazał ruchem głowy na resztę grupy. – Wrócimy jeszcze do tej rozmowy – dodał. 
- To zabrzmiało jak groźba – syknęła wściekle. Nie żartował, widziała to w jego oczach. To miała być groźba. Postanowiła na razie zamilczeć i go nie drażnić. 
Kiedy wszyscy się zebrali, Draco pociągnął za klamkę i popchnął dawno nieotwierane drzwi, które zaskrzypiały ze starości. 
Korytarz był oświetlony, czyli jego iluzja działała. Wydawało się, że wszystko jest w nienaruszonym stanie. Szafka przy drzwiach, w której trzymali swoje buty, na niej dzwonek, zapewne mający magiczne właściwości, a wszystko pokryte grubą warstwą kurzu. Molly nie byłaby zachwycona. Tapeta w kwiaty, charakterystyczna dla domów urządzanych w starszym guście, żyrandol, według niektórych tandetny, mający sprawiać wrażenie bogato zdobionego i lampa wciśnięta w kąt z o, dziwo przekrzywionym abażurem. Ginny nie mogła się powstrzymać i poprawiła ten defekt, sprowadzając uwagę grupy na siebie. 
- No co? – zapytała zbita z tropu, nie do końca pojmując, o co im chodzi.
- Rozchodzimy się – nakazał Lupin, odwracając od niej spojrzenie. Pamiętajcie: bądźcie czujni! – ostrzegł. Skinął głową w stronę Granger i Malfoy'a, którzy podążyli za nim, z różdżkami w gotowości. 
Schody również były oświetlone. Hermiona musiała zapamiętać, by potem wypytać blondyna o sztukę iluzji. Kilka razy czytała o niej w książkach, były to jednak zaledwie wzmianki i ogólne zarysy. To jej nie wystarczało. Podczas szperania w Dziale Ksiąg Zakazanych mignęła jej przed oczami księga o iluzjonistach, ale nie miała czasu, by po nią sięgnąć. Pewnie szukała czegoś, łamiąc przy tym szkolny regulamin. Uśmiechnęła się pod nosem na to wspomnienie. Który to mógł być rok? Może drugi, kiedy ważyła Eliksir Wielosokowy w łazience Jęczącej Marty?
Stanęła wraz z nimi, kiedy wpatrzona w schody, natrafiła na belkę i ślady popiołu. Popatrzyła na swoich towarzyszy. 
- Raczej nie oczekiwałbym całych ścian – powiedział cierpko Lupin. Wyminęli spalone drewno i weszli na pierwsze piętro. Faktycznie, ich przypuszczenia były słuszne. Na tym poziomie były trzy pomieszczenia. Z tego, co pamiętała, sypialnie należały do państwa Weasley, Percy'ego i była tam jedna łazienka, którą dzielili. Drzwi od sypialni Molly i Arthura leżały na wpół strawione przez ogień obok progu. Patrząc głębiej można było zobaczyć, że z ich sypialni nic nie zostało. Sypialnia chłopaka i łazienka były w lepszym stanie. 
No tak, zaklęcie trafiło od zachodu. Zapewne drugie piętro będzie zniszczone dostatecznie. To w nie celowano. Ich zadanie będzie utrudnione, jeśli schody na drugie piętro będą dalej zawalone. 
Tapeta wręcz stopiła się ze ścian, a w miejscach, które się cudem uchowały, nie można było odczytać wzoru, jedynie czarne smoliste plamy. 
- Łazienka nie ma sensu – Remus wypowiadała swoje myśli na głos, to mu pomagało w skupieniu. Już dawno to zauważyła. Krążył po korytarzu, odsuwając belki i gruz nogą na bok. – Zbyt wiele osób się przez nią przewijało. Zwykle trzymali swoje rzeczy u siebie w pokoju. Ja mogę zabrać się za tę komnatę, a wy za to, co zostało z sypialni Molly i Arthura. Myślę, że on nie chciałby tam wchodzić. To by było za dużo – machnął dłonią w powietrzu, by po chwili skupić swoją uwagę na nich. – Do roboty – pokrzepił i odwrócił się w stronę zamkniętych drzwi. Przekręcił gałkę i ustąpiły. Zaklęcia ochronne i nieodnawiane bariery dawno już nie działają. 
- Czyj to był pokój? – spytał w progu, ledwie zerkając zza ramienia. 
- Percy'ego – odpowiedziała nieco zachrypniętym głosem dziewczyna. Odchrząknęła. To z pewnością przez ten pył i kurz. On pokiwał głową i zamknął za sobą komnatę. 
Dracona nie było przy niej. Już dawno stał w sypialni, przy kufrze, stojącym przy łóżku. 
- Alohomora! – wypowiedział, a wieko skrzyni uchyliło się automatycznie. Uklęknął i z powątpiewaniem wyciągnął z niej jakiś bordowy, lśniący materiał. – To jakieś prześcieradła – rzucił poirytowany. – Kufer w nienaruszonym stanie, jako jedyny w tym pokoju - zaczął nerwowo. – Pewnie rzucili na niego jakieś zaklęcie, a ja znajduję w nim pierdolone szmaty! – warknął, zamykając kufer z impetem. Wzdrygnęła się i dołączyła do niego. Jak nic wstał lewą nogą. 
Szczątki załamanego i spalonego łóżka małżeńskiego, zasłony obecne jedynie w połowie, dywan, który niegdyś był czerwony, teraz pokryty sadzą. Ruszyła do komody, która wyglądała znośnie. Coś na niej leżało. Za każdym razem, kiedy robiła krok, coś trzeszczało pod jej butami. Ta podłoga była wiekowa, a pożar tylko pogorszył jej stan. Nagle nadepnęła na coś szklanego. Cofnęła się. To było zdjęcie w ramce. Szkło było zbite, niektórych kawałków wcale nie było, lecz zza pajęczyny pęknięć uśmiechało się do niej i machało dziewięć zarumienionych, opalonych osób. Weasley'owie byli w Egipcie. Pogładziła chropowatą powierzchnię palcem. Ile by dała... Westchnęła, przypominając sobie, że koniecznie musi zajrzeć do albumów, o których myślała wcześniej. 
- Co masz? – zagadnął sponad jej ramienia, a ona niemal podskoczyła, przykładając ruchome zdjęcie do piersi. 
- To, to nic. Zdjęcie. Myślę, że chcieliby, bym je zabrała – powiedziała, a on twardo skinął głową, nie rzucając zbędnych uwag. 
- Otwierałaś szuflady? – wyciągnęła zdjęcie z ramki i otrzepała ze wszelkich odłamków, po czym schowała je do swojej zaczarowanej torebki. 
- Nie – uprzedził ją, otwierając pierwszą z nich. 
- Nie jesteś dziś dość rozmowna – mruknął, przeglądając stertę papierów, leżącą w głębi komody. 
- A ty za to jesteś niebywale markotny. Ale jestem za to dość... rozczulona. Wiesz, wspomnienia – dodała, obchodząc pokój. Jej uwagę przykuły szafki nocne po obu stronach łoża. Nie wyglądały źle i jednocześnie były doskonałym miejscem, by przechowywać wszelkie eliksiry na sen i regenerację. 
- Sentymenty, tak? – zapytał pobłażliwie. 
- Tak, sentymenty – zignorowała ton jego głosu. Drzwiczki w etażerce nie chciały się otworzyć. Zaciekle szarpała wmontowaną gałką na wszystkie strony. Wreszcie zdenerwowana użyła różdżki, a malutkie drzwi w jednej chwili zaczęły zwisać na jednym zawiasie. W środku wedle jej oczekiwań stały dwie fiolki. Jedna pusta, a druga z bladoróżowym płynem. Obie umieszczone na opasłej książce. – Mam Eliksir Słodkiego Snu! – krzyknęła zwycięsko. 
- A ja otworzyłem szufladę z gaciami – usłyszała trzask i roześmiała się na widok skrzywionego mężczyzny. Spojrzał na nią gniewnie, więc szybko zagryzła wargę, żeby pohamować chichot.
- Zajmę się drugą szafką – mruknęła speszona. Obeszła całe łóżko i nie próbując się mocować z otwarciem jej, użyła zaklęcia. Nie dostrzegła nic oprócz sterty papierów, które wyglądały jak krzyżówki. – Nic – ogłosiła. Mężczyzna stał oparty o wejście przy drzwiach, czekając na nią. 
- Zobaczmy, co znalazł Lupin – polecił, odrywając się od progu. – Z Weasley lepiej? 
- Lepiej niż wczoraj. Przynajmniej nie słyszałam jak płacze. W ogóle, nie poruszała tego tematu. 
- Rozmawiałem dziś z jej matką – powiedział, wchodząc do pokoju. Remus właśnie przeszukiwał półki na książki. – Znalazłeś coś? – i znów to zrobił. Uciął temat. Przeklęła siarczyście w myślach. Jest taki nieznośny, wredny i ślizgoński. 
- Tak, Percy miał tu dwie różdżki – uniósł lewą rękę, w której je trzymał. – Do cholery nie wiem, skąd się tu wzięły – zmarszczył brwi, oglądając je ze wszystkich stron. 
- Trzeba je pokazać Moody'emu, o ile się u nas łaskawie pokaże – Draco bez pytania wziął od niego różdżki i sam zaczął wodzić po nich wzrokiem, unosząc je pod światło. Remus spojrzał na Hermionę. Pokręcił głową, a ona uśmiechnęła się ze zrozumieniem. Nikt nie mógł postawić granicy dla Ślizgona. Robił to, na co miał ochotę, mówił, co chciał, nie zważając, że może kogoś zranić. W przenośni i dosłownie. – W miarę giętkie, z dwanaście cali? – nie był do końca pewien, więc schował je do tylnej kieszeni. 
- Idziemy na górę – ponaglił ich Remus. 
Trzy godziny później weszli na strych. 
Naturalnie nie obyło się bez problemów, w postaci zawalonych gruzem schodów. Drugie piętro trzymało się jakoś, oprócz zawalonej ściany korytarza. 
Znaleźli tam kilka książek o zielarstwie, całkiem nieźle zachowany kociołek cynowy, o dziwo pod czyimś łóżkiem. W jednym z pokoi stała podpalona klatka ze szczątkami sowy. Biedaczka, stanęła żywa w płomieniach, lecz była zamknięta i nic nie mogła zrobić. Hermiona na ten widok, natychmiast odwróciła się i niemal wyszła, przytłoczona wzbierającymi łzami. Pohamowała je i burknęła, że nie będą gnieździć się w jednej komnacie i marnować czas, dlatego idzie do następnego. Wtedy zdała sobie sprawę z tego, że właśnie wychodzi z pokoju Rona. Wciąż myślał, że Świstoświnka wyleciała... 
Gdy do niej doszli, okazało się, że Ron wciąż trzymał w pokoju swoje magiczne szachy, zachowały się na szczęście. 
Trzecie piętro miało zdradziecką podłogę. Kiedy Malfoy chciał wejść w głąb jednej z komnat, panele załamały się. Zdecydowali, że nie będą ryzykować i od razu poszli na strych. 
Pierwsze promienie słońca wpadały przez okna, a unoszące się pyłki kurzu były mocno widoczne. 
- Mamy mało czasu – wpatrzony w okno Draco przez chwilę milczał, by już po chwili otrząsnąć się i podjeść do stolika, na którym ułożonych było kilka szpargołów. Szczyt domu był nienaruszony. I zagracony. Mnóstwo bibelotów rzuconych na siebie, kufry, stojące jeden przy drugim, a stare regały, na których zadomowiły się kurz i pająki, niemal załamywały się pod ciężarem rzeczy. Coś w szczególności przyciągnęło jej uwagę. Sterty ksiąg, piętrzących się niemal do sufitów. Natychmiast podeszła do jednej z nich, jeżdżąc palcem po brzegach z tytułami. Na reakcję blondyna nie trzeba było długo czekać.
- Czemu mnie to nie dziwi? – kąciki jego ust drgnęły, wykrzywiając się niemal w prześmiewczym uśmiechu. Lupin również się uśmiechnął, odrywając uwagę od przeglądania skrzyń. Zarumieniła się. 
- Nawyki się nie zmieniają, choćby i twoje, Malfoy – odrzekła, hardo się na niego patrząc. Remus powrócił do przerwanej czynności, jednak wciąż uważnie się przysłuchiwał. Wiedział, że to będzie ciekawa dyskusja. 
- Sugerujesz mi coś? – też znalazł zajęcie. Przyklęknął przy jednym z kufrów i magicznie go otworzył. 
- Tak, Malfoy, lecz nie jest to nic, o czym nie wiesz – sięgnęła po „Sławnych Połykaczy Ognia" i zmarszczyła brwi. Zaraz, zaraz. To była książka z Działu Zakazanego w Hogwarcie. Weasley'owie mają jeszcze jeden egzemplarz? Nie zastanawiając się, schowała ją do torby jak gdyby nigdy nic. 
- A więc słucham, co masz mi do powiedzenia? – nie spojrzał się na nią, wciąż plądrował kufer. Zerknęła na Lupina. Uśmiechał się pod nosem i nie wtrącał. Malfoy chce publiki? Będzie ją miał. 
- Poza tym, że jesteś cholernie wkurzającym narcyzem? – kolejna książka przyciągnęła jej uwagę. „Transmutacja w zielarstwie", nigdy o niej nie słyszała. 
- Tak, Granger, poza tym. 
- Och, dobrze – przeszła za książki i trafiła na szafę. – Wciąż jesteś zadufanym w sobie, denerwującym i niekonsekwentnym człowiekiem – w środku znalazła stare ubrania Ginny. Różowe spódniczki, sweterki, ale i parę ubrań dla niskich chłopców. Urocze, Ron, Bill, Fred... musieli to nosić.
- Niekonsekwentnym? Co mi zarzucasz? – ciągnął całkiem spokojnie. Zdenerwował ją dziś, a teraz odstawia przed ich byłym profesorem jakąś szopkę! Doprawdy? 
- Zaczynasz jakieś wątki rozmowy i ich nie kończysz – odpowiedziała, również siląc się na spokój. 
- Proszę bardzo, Granger. Mogę je dokończyć teraz – przytaknął prowokująco i usłyszała huk opadającego wieka. Doskonale wiedział, o co jej chodziło. – Nie mam bladego pojęcia, ile Horkruksów jest ukrytych w Hogwarcie. Jeśli chcesz dopisz to do swoich jakże błyskotliwych notatek, z pewnością ci to rozjaśni całą sprawę – odwróciła się z powrotem w jego stronę, zakładając ręce na piersi. Uśmiechał się ironicznie. – A Weasley powiedziała mi, że Luna reaguje na bodźce. Jakby była we śnie, a właściwie koszmarze. Przewraca się, mamrocze przez sen, poci... - wymieniał, by po chwili jego uśmiech poszerzył się. – Może w wyobraźni widzi jak ten spocony grubas Yaxley wsadza w nią swojego śmierdzącego kutasa i przeżywa to na nowo? – pytanie retoryczne wypowiadane w jego ustach brzmiało niczym dobra anegdotka. Wciągnęła głośno powietrze. Lupin zareagował.
- Malfoy, dostaniesz w pysk, jeśli się nie zamkniesz – syknął wilkołak, przesuwając jakieś żelastwo. Hermiona posłała mu wdzięczne spojrzenie. Sama zaraz by mu przywaliła. 
- Chyba dążysz do powtórki z trzeciej klasy – rzekła drżącym głosem i kolejny raz otrzymała od niego ostrzegawcze spojrzenie. On mógł się tak wyrażać o jej najbliższych, a ona nie mogła się nawet odgryźć? Uśmiechnęła się, zyskując przewagę. 
- Odejść od okien! – zakomunikował znienacka Lupin, przywierając do ściany. Hermiona natychmiast uklęknęła, a w ślad za nią poszedł Ślizgon, chowając się za stertą książek, którą przeglądała. To mogło oznaczać tylko jedno – patrol. 
- Mówiłem, że tędy latają – westchnął Malfoy. Wychyliła się nieco i spostrzegła, że lecą przed siebie, nie zatrzymując się.
- Chyba niespecjalnie poświęcają temu uwagę – dodała Hermiona. Byli teraz praktycznie naprzeciwko siebie. Ona opierała się o szafę, a on o stos ksiąg. Znów posłał jej z deka zwycięskie spojrzenie. 
- Kiepsko gotujesz – orzekł niespodziewanie. 
- Słucham?! – nie była pewna tego, co usłyszała. 
- Skoro mamy tutaj już godzinę wyrzutów to pomyślałem, że to będzie odpowiednia chwila na zakomunikowanie ci tego i uratowanie następnych, którzy mieliby stać się ofiarami twoich kulinarnych wybryków – szydził z niej, prosto w jej oczy. To była taka jego mała gra. Zdenerwować ją, przekomarzać się. Sprawiało mu to satysfakcję. Odbywało się to zupełnie na innych zasadach, niż w kuchni. Tam był spokojniejszy i opanowany, potrafił rzucić ciętym żartem, ale zawsze trafiał w smak. Nie przesadzał. Teraz chciał, by straciła nad sobą kontrolę, lub po prostu odreagowywał na niej. Po tak odrażającym i niestosownym żarcie coś takiego?
- Skoro jestem kiepską kucharką, to dlaczego zjadłeś wczoraj cały tort? 
- Żeby nie było ci przykro, Granger – uśmiech nie schodził mu z twarzy, wbrew samej sobie również się uśmiechnęła. 
- Jasne, a mój kawałek skończyłeś z litości – parsknęła. 
- Dokładnie – przytaknął, a atmosfera lekko zelżała. Żartowali. Humor wrócił im obojgu. Ze skrajności w skrajność. 
- Nie wiem, o jakim torcie mówicie – Lupin znalazł się nad nami i wystawił pomocną dłoń dla Hermiony, pomagając jej w podniesieniu się. – Ale jestem oburzony, że nie wiem, o jakichkolwiek słodyczach w domu– ich dobry humor działał również na niego. Gryfonka podziękowała krótko. 
- Draco miał przedwczoraj urodziny, więc upiekłam mu tort – tłumaczyła. – Jednak nie masz się, czym martwić, bo podobno był okropny – dodała pośpiesznie, zerkając na Malfoy'a. 
- Tak, nie masz, czego żałować. 
- Wszystkiego najlepszego, nie wiedziałem – uśmiechnął się Lupin, lecz Draco nie tryskał zbytnim entuzjazmem.Skinął twardo głową. 
- Dziękuję – odpowiedział. – Trzeba się zbierać – zaczął, wyglądając zza okno. Słońce wzeszło już prawie całkowicie. 
- Zapraszam na urodzinowy koniak, trzeba to oblać – zaproponował najstarszy mężczyzna, Hermiona odsunęła się, w nadziei, że coś jeszcze znajdzie. – Co prawda Hermiona jest młodsza, ale te kilka miesięcy...
- Nie pogardziłbym, ale tuż po odstawieniu was, wyruszam na spotkanie z Czarnym Panem. Może kiedy indziej – uciął, chcąc zakończyć temat. 
- Rozumiem – nigdy nie uważał młodego Malfoy'a za duszę towarzystwa. Może i miał w sobie charyzmę i urok, który przyciągał do niego ludzi; był tego świadomy, w końcu kiedyś to wykorzystywał, ale teraz nie zależało mu na tym. Ani na tym, żeby pić koniak z kilkoma facetami, mającymi co do niego pewne wątpliwości i uwagi. - Chodźmy po resztę. 
Na Grimmuald Place wrócili w dobrych nastrojach. Słońce mieniło się w całej swojej okazałości. Od razu do ich nozdrzy dobiegł zapach porannej, świeżo parzonej kawy i odgłos skwierczącej patelni. Z kuchni wychyliła się pani Weasley, w równie uśmiechniętej odsłonie, ze świeżo zmytym garnkiem i ścierką w dłoni. 
- O, już jesteście! Świetnie! Ale trafiliście – powiedziała wesołym głosem. – Zaraz zaparzy się cały dzbanek kawy, a na patelnię już miałam wbijać jajka. 
- Droga Molly, jest piąta rano – powiedział Arthur, witając się z żoną uściskiem. 
- Ależ wiem, Arthurze. Wiem też, że już od dwunastej w nocy jesteście na nogach. Rozbierzcie się i zapraszam do kuchni na śniadanie – już miała zniknąć, kiedy Hermiona zawołała za nią. 
- Pani Weasley! Panie Arthurze – dodała już nieco ciszej. Reszta ściągała swoje kurtki. 
- Tak, kochanie? 
- Mam coś, co powinno stać u państwa – oznajmiła. Sięgnęła po swoją różdżkę i wyszeptała Accio zdjęcie w stronę torebki. Po chwili kawałek papieru wleciał do jej dłoni. Podała je kobiecie. Ta zmrużyła oczy i podsunęła je bliżej. Jej oczy się zaszkliły. - Było w państwa sypialni – dodała z uśmiechem. 
- Och, dziękuję – podała zdjęcie dla męża, by zamknąć dziewczynę w uścisku. Taki drobiazg potrafi przynieść tyle szczęścia. Kiedy oderwała się od dziewczyny, natychmiast poszła szukać nowej ramki, doglądając po drodze jajecznicy. 
Hermiona zauważyła, że Malfoy przyglądał się tej scenie, wciąż ubrany, z nieodgadnioną miną. 
- Już... lecisz? 
- Tak. 
- A kiedy wrócisz? - spytała trochę skrępowana. Jego usta drgnęły. 
- Już tęsknisz? – teatralnie złapał się za swoją lewą pierś, wykrzywiając w udawanym smutku. 
- Przestań – sama zdjęła grubszy, rozpinany sweter i walnęła go ręką, mijając go przy tym. Chciała dostać się do wieszaka.
- Nie wiem, kiedy wrócę, Granger. Mam misję na Nokturnie – wyjaśnił ponuro, opierając się o ścianę. Zamarła. 
- Nokturn? 
- Nokturn. 
- To samobójstwo.
- Raczej morderstwo – podsumował gorzko. Zaśmiała się smutno. – Granger? 
- Tak? – nie odważyła się na niego spojrzeć.
- Kłamałem – usłyszała tuż przy uchu. – Zrobiłaś najlepszy tort, jaki w życiu jadłem – potem był tylko trzask aportacji.

6 czerwca 1998r.


                Płakała. Chociaż nie mogła wydusić z siebie już żadnych łez, łapczywie brała kolejne wdechy, niemal żałośnie jęcząc. Oparła się na krześle i odchyliła głowę do tyłu. Dłonie umieściła na brzuchu, przymknęła oczy i starała się odzyskać kontrolę nad oddechem. Kilka sekund przerwy, potem głęboki wdech, przetrzymanie powietrza i wydech. 
- Ginny, spokojniej – powiedziała łagodnie Hermiona i zmusiła Weasley, by na nią spojrzała. 
Wiedziały doskonale, że każda wojna niesie za sobą żniwa w postaci trupów i rannych. I tym razem nie mogło obejść się bez tego. Ponieśli wiele strat, ich szeregi słabną, a ilość zapasów maleje wraz z moralami. To z pewnością pogorszy samopoczucie wszystkich. Wszystko stało się tak niespodziewanie. Z ich strony można było czekać na każdy cios, lecz nikt nie podejrzewał czegoś tak okrutnego. Boże, biedna Luna. 
Kiedy intensywność bitwy spadła, zgromadzili się wszyscy przy punkcie ustalonym wcześniej. Stopniowo docierały tam kolejne osoby. Kiedy Tonks dotarła na miejsce padło pytanie o blondynkę. Zamarli. Nikt nie widział, gdzie jest. Zaniepokojony Remus wraz z Billem poszedł na zwiad. Kilka minut później Nimfadora dostała sygnał, by aportować grupę. Zdezorientowani wrócili na Grimmuald Place bez trójki swoich ludzi. Opóźniony powrót dawno zaniepokoił panią Weasley, która siedziała w przedpokoju, nerwowo ściskając końce ścierki. 
- Wreszcie jesteście! – wykrzyczała z ulgą. Podniosła się z krzesła i wprost do zmieszanych przybyszy. Przez chwilę patrzyła Tonks głęboko w oczy, lecz po chwili stanęła na palcach i spojrzała się za jej ramię. – Gdzie reszta? – dziewczyna spojrzała niespokojnie w podłogę. 
- Szukają Luny – odparła łamiącym się głosem. 
- O, Boże – pani Weasley opadła na stołek. 
Kilkanaście minut później wrócili wszyscy. Siedzieli wtedy w salonie, nie zdążyli nawet zdjąć kurtek, kiedy usłyszeli trzask, charakterystyczny dla aportowania się, zaś chwilę potem huk. Wymienili spojrzenia i zerwali się do holu. Bill stał z głową i pięścią opartymi na ścianie, jego knykcie były obdarte, zaczęła z nich wypływać krew. Remus stał za nim, wpatrując się w kruchą blondynkę na jego ramionach. 
- Czy ona... - urwała Tonks. Lupin uniósł smutne oczy i pokiwał głową. 
- Kiedy się obudzi, będzie chciała umrzeć – mruknął cicho. 
Kilka minut później wszystko było jasne. Luna miała mnóstwo obrażeń, połamane kości, rozciętą skórę, porwane ubranie... Ale blizny na psychice.... 
Przetarła czerwone od płaczu oczy i policzki młodszej dziewczyny, która poprawiła puchaty szlafrok, kiedy tylko usłyszała kroki. 
- Dobry wieczór – wymamrotał blondyn, przecierając twarz. Skierował się ku imbrykowi, wciąż znużony. 
- Dobry wieczór, spałeś? – spytała Hermiona. Miał na sobie jedynie czarne spodnie dresowe, nie założył nawet żadnych butów, był boso. Spostrzegła, że na klatce piersiowej miał ohydną bliznę, ciągnącą się po lewej stronie, od barku, aż do końca żeber. Była różowa i paskudnie zagojona. Odstawił czajnik na palnik i zerknął na dziewczyny przez ramię, przez co Gryfonka odwróciła natychmiast wzrok.
- Płakałaś, Weasley – stwierdził, na co ona parsknęła i odwróciła głowę. – Chcecie coś do picia? – zaprzeczyły, kręcąc głowami. – Rozumiem. Czy ktoś może mi wytłumaczyć, o co tyle płaczu?
- Luna... - wyszeptała Hermiona. Trzymała się lepiej niż rudowłosa. Posłała nerwowe spojrzenie w stronę dziewczyny, która siedziała skulona na krześle. Ginny była niezwykle wrażliwa. Mimo, że szatynkę również dotknęła sprawa Luny to nie mogła się załamać, tym, co się zdarzyło. Bardziej przejmuje się reakcją Krukonki i jej stanem psychicznym, kiedy się wybudzi i otrząśnie. Taka delikatna i niewinna...
- Luna miała wielkie szczęście, że żyje. Ta Krukonka mogła leżeć dawno pod ziemią – oznajmił, krzątając się dalej. – Yaxley to sadystyczny skurwiel. Wiele razy zdarzało się, że nim obejrzeliśmy się, zapinał spodnie, a obok niego leżała już jakaś martwa mugolka. 
- Wy ją uratowaliście? – zapytała drżącym głosem Ginny. Westchnął, przejechał dłonią po twarzy i wstał. 
- Nie, nie byłem na tej misji – odpowiedział ciężko. 
- To jakim cudem... - kontynuowała Hermiona.
- Szczęście, inaczej tego nie nazwiesz. Wyliże się niedługo. 
- Ona jest bardzo wrażliwa, to nie będzie takie łatwe. 
- Psychicznie nie – napełnił szklankę z miętą gorącą wodą. Zioła uniosły się na powierzchnię, a on chwycił za cukier. W tym momencie uznała to za absurdalne. Kto słodzi napary z ziół? – Fizycznie tak, obrażenia nie są tak rozległe jak na prawie stukilogramowego faceta. 
- Oglądałeś ją? – oburzyła się Weasley, a on ponownie rzucił jej krótkie spojrzenie zza pleców. 
- Nie, Ruda. Myślisz, że po gwałcie Molly pozwoliłaby wejść jakiemukolwiek mężczyźnie do jej komnaty? – oparł się o stół, krzyżując nogi. – Gdyby ta blondyna się zbudziła i zobaczyła choćby Snape'a nachylającego się nad nią to wpadłaby w histerię. Chcesz? – zapytał, podstawiając szklankę pod nos starszej Gryfonki. Pokiwała przecząco głową. – Nie to nie – jednym haustem wypił pół szklanki naparu. – Pomogłyby ci zasnąć, a ty uspokoiłabyś się – wskazał na rudowłosą. 
- Nie, dziękuję i tak nie zasnę – westchnęła. Szybko dopił zioła i odstawił kubek do zlewu. 
- Może Eliksir Słodkiego Snu? – zaproponował, a ona obróciła się gwałtownie na krześle w jego stronę, wybałuszając oczy. 
- Żartujesz. 
- Niby czemu? – podkasał rękawy i sprawdził temperaturę wody. 
- Na serio? Masz? – zapytała z nadzieją. 
- Mam. To nie jest żadna zakazana substancja –powiedział przekornie.
- Ale za to cholernie trudno dostępna – dodała Hermiona. – Przynajmniej teraz, kiedy brakuje nam składników. 
- Gdzie jest haczyk? – zwróciła się do blondyna. Ten odstawił zmyty kubek na suszarkę i sięgnął po ścierkę. 
- Nie ma. 
- Od kiedy jesteś dobrym człowiekiem? 
- Tego nie powiedziałem – rudowłosa spojrzała się na niego, intensywnie nad czymś rozmyślając, a potem na Hermionę. Ta wzruszyła ramionami i podparła ręką głowę, obserwując dalszy dialog. 
- Dobra, Malfoy, wezmę go od ciebie, ale jeśli jutro się nie zbudzę to cię zabiję – pogroziła, a on roześmiał się na widok zapłakanej dziewczyny, celującej w niego palcem. 
- Zaraz ci przyniosę – i ruszył w stronę pokoju. Odprowadziły go wzrokiem, po czym Ginny od razu zapytała:
- Co mu jest? 
- Słucham? 
- Nie rozumiałam, czemu wczoraj ślęczałaś w kuchni przez bitą godzinę, szykując mu tort. Myślałam, że rzucił na ciebie jakąś czarnomagiczną klątwę, a teraz to mam wątpliwości. Wygląda na to, że to ty dolewasz mu do picia jakichś eliksirów – szatynka uśmiechnęła się, widząc, że humor jej koleżanki się poprawił. Sięgnęła czule do jej policzka i wytarła resztkę łez.
- Po prostu to facet, z którym idzie się dogadać, jeśli akurat nie rywalizuje się z nim o Puchar Domów. A wczoraj miał urodziny.
- To nie chodzi o Puchar Domów. W sensie, nie rozmawiałam z nim przedtem, no wiesz... od początku tego wszystkiego – machnęła ręką, tworząc jakiś znak w powietrzu – ale jest jakiś inny. Znaczy wciąż nie wiem, czy nie dostanę od tego eliksiru halucynacji, ale ani razu nie padło tu żadne nieprzyjazne słowo. Nadal jest Śmierciożercą, tak, wiem, że szpieguje na naszą korzyść, ale to tak trudne do zrozumienia, że Malfoy... - dokończyła, wzdychając głośno. – Absurd. 
- Wiem. Czysty absurd – uśmiechnęła się krzywo Hermiona. – Jest jakiś inny, miły. Niby wszystko w porządku, ale to trochę niepokojące. Jeszcze nie można mu ufać w pełni – nagle pokręciła głową i westchnęła. – Jesteś w stanie jechać jutro z nami... 
- Tak – przerwała jej stanowczo, podnosząc nieco głos.– To mój dom, Hermiono, chcę tam wrócić, choćby na chwilę. 
- To nie będzie zbyt wiele? Wiesz, dziś ta z sytuacja z Luną, a jutro... wytrzymasz? – widziała, że łzy w oczach młodszej dziewczyny ponownie się wzbierają. Szybko je opanowała, ocierając oczy. 
- Nie, nie będzie. Czemu znów zaczęłaś? – zapytała z wyrzutem. 
- Przepraszam. Martwię się o ciebie – odpowiedziała, podając jej pudełko z chusteczkami, które dotychczas leżało na końcu stołu. 
- Nie możesz martwić się o wszystkich. Sama mówiłaś, Luna się obudzi, dojdzie do siebie i wszystko za kilka miesięcy pójdzie w niepamięć, prawda? – spytała rozpaczliwie. Hermiona uśmiechnęła się zmieszana. 
- Luna jest wrażliwa, mówiłam ci. Zgodzę się z Malfoy'em, że miała dużo szczęścia, ale i tak nie wiemy, jak zareaguje po przebudzeniu, czy w ogóle będzie pamiętać tamte wydarzenie – Ginevra pokiwała ze zrozumieniem głową. Nie chciała znów się rozpłakać, dziś już wylała stanowczo za dużo łez. Głowa pulsowała od płaczu, a oddech wciąż nie był ustabilizowany. Wiedziała, że jeśli okaże teraz więcej słabości, nie będą chcieli zabrać jej do Nory. 
Nastała niezręczna chwila ciszy, przerywana kapaniem z niedokręconego kranu. Obie czuły, że muszą coś powiedzieć. Pierwsza przełamała się Ginny: 
- Dajmy mu teraz ten tort – wydusiła z siebie. Hermiona upewniła się, że nie żartuje, po czym od razu wstała, by sięgnąć do zamkniętej zaklęciem szafki. Gdyby bliźniacy się do niej dobrali, nic dobrego by z tego nie wynikło.
Chwilę później, którą dziewczęta spędziły w milczeniu, szykując tort, mężczyzna stanął w progu kuchni. Niemal cofnął się, kiedy z pojedynczej świeczki wystrzeliły iskierki, niczym ognisty gejzer. 
- Poważnie? – prychnął rozbawiony, ale również zaskoczony.
- Wszystkiego najlepszego! – krzyknęły chórem. Uśmiechały się do niego przyjaźnie, a na policzkach młodszej nie było już śladu po łzach, tylko rumieńce.
- Pomyślałam, że do kawy coś się przyda. Zrobiłam to wczoraj, na szybko, ze starego przepisu – wyjaśniła, stawiając talerz z czekoladowym ciastem na blat.
Obszedł stół, stanął obok dziewczyny i pochylił się nad wypiekiem, lustrując go wzrokiem. – Pomyśl życzenie i zdmuchnij – nakazała ściszonym tonem szatynka.
- Nie wierzę w takie zabobony – mruknął, ale w jego oczach widać było iskierki.
- Zrobiłam coś, czym nie zatruje się człowiek, czyli życzenia się spełniają – odparła przekornie, poszerzając jego uśmiech. 
- Jesz pierwsza – rzucił, by ją zirytować, a potem chuchnął na płomień, który zgasł. 
Jak na prawdziwego dżentelmena szarmancko odsunął dziewczynom krzesła, następnie chwycił za nóż, przymierzając się do krojenia. 
- Może ja to zrobię? – zaproponowała Ginevra. 
- Pierwszy raz w życiu mam tort, daj mi się nacieszyć – odrzekł. – A, właśnie – z kieszeni spodni wyjął fiolkę z bladoróżowym płynem i postawił ją przed rudowłosą. 
- Dzięki – odparła krótko. – Mam u ciebie dług – puścił to mimo uszu, sięgając po talerzyki.
- Jak się czujesz jako osiemnastolatek? – zagadnęła szatynka, a on podsunął dla niej talerz z ogromnym kawałkiem tortu. 
- W końcu mogę legalnie palić. Smacznego, Granger – skinął w jej kierunku głową i zabrał się za krojenie kawałka dla Wealsey'ówny. Wywróciła oczami, lecz nie zaczęła jeść. 
- Zaczekam na was – wyjaśniła, widząc jego pytający wzrok. 
- Miałaś jeść pierwsza, nie pamiętasz? – stwierdził, a ona zarejestrowała, jak kącik jego ust drgnął. Uśmiechnęła się. – A jak z tobą? Lepiej? – spytał Ginny. 
- Bywało gorzej, Malfoy – bąknęła, ale zreflektowała się krótkim uśmiechem, kiedy uświadomiła sobie, jak to zabrzmiało. – Smacznego – talerz przesunął się po blacie w jej stronę. 
- Dziękuję. 
- Wybierasz się do Nory? – Hermiona próbowała podtrzymać rozmowę, nie schodząc na tematy ostatnich wydarzeń. 
- Tak, ktoś was musi bezpiecznie przetransportować. Kiedy znajdziecie to, czego szukacie, wrócicie tutaj, a ja do Malfoy Manor. 
- Od kiedy zapewnianie nam bezpieczeństwa to twoja broszka? 
- To jest w interesie nas wszystkich – zripostował. – Chyba, że sądzisz inaczej? 
- Nie, skądże – zaprzeczyła. Odkroiła widelcem kawałek ciasta, myśląc nad czymś intensywnie. Jutro czekał ich ciężka noc.