Jej
kark wciąż był obolały, a oczy same się zamykały. Wmaszerowała do kuchni, wolną
ręką rozmasowując bolącą szyję. Od niechcenia zerknęła na wiszący obok szafek
zegar. Trzecia. Jeśli chciała skończyć te plany do rana, to musiała wziąć się w
garść. Zaopatrzenie maleje, a zapotrzebowanie rośnie. Zwłaszcza po ostatniej
nieudanej misji, z której wynieśli kilku rannych oraz jednego trupa. Co prawda
cel został osiągnięty, ale dla niej utrata jakiegokolwiek człowieka była
porażką. Z goryczą pomyślała o konsekwencjach dalszych niepowodzeń.
Sięgnęła po czajnik i z zaskoczeniem stwierdziła, że wciąż był ciepły. Najwyraźniej nie tylko ona nie śpi. Dolała do niego wody i postawiła z powrotem na kuchenkę, zapalając palnik. Miała nadzieję, że zostało jeszcze trochę kawy. Nienawidziła jej, lecz jak na razie kofeina była jej sprzymierzeńcem. Po otworzeniu jednej z szafek zobaczyła swój cel. Kawa. Półkę niżej stały kubki, więc chwyciła swój ulubiony i zaczęła wsypywać ją do naczynia.
- Cholera! – w jednym momencie kubek wraz z zawartością znalazł się na podłodze. Brzdęk ceramiki, świadczył o tym, że najprawdopodobniej rozpadł się na kilka kawałków. – Brawo, Hermiono – powiedziała z goryczą w głosie i klęknęła przy odłamkach.
- Chcesz wszystkich zbudzić, Granger? – nie musiała unosić głowy, by zobaczyć, kto wszedł do kuchni. – Bo jesteś na dobrej drodze – usłyszała kroki, stawiane ciężkim, wojskowym butem. Starała się skupić na tym, by nie skaleczyć się drobinami.
- Powiedz mi, Malfoy, czemu jeszcze nie śpisz? – warknęła, podnosząc się. Szybko odwróciła się do niego plecami, by wyrzucić ceramikę.
- Nie śpię, bo za dwie godziny wyruszam do Nokturnu. Jak mniemam to ty nie śpisz, żeby zrobić pobudkę dla całego zakonu, marnując wszystkie kubki? – odwróciła się, by posłać mu bojowe spojrzenie. Stał oparty o zlew, z zadartą brwią, patrzący na nią z politowaniem. Nie znosiła tego.
- Oczywiście, jako pierwszego chciałam zbudzić ciebie. Najlepiej zrzucając kubek na twoją twarz, ale jak widzę już nie śpisz – odparła kwaśno, sięgając po kolejny kubek. O dziwo uśmiechnął się lekko i rzucił spojrzenie na zegar.
- Jest kilka minut po trzeciej. Musiałabyś to zrobić jakiś dzień wcześniej, bo wtedy ostatnio spałem. Chyba nie jesteś mistrzem niecnych knowań?
- Bardzo śmieszne, Malfoy. Chyba wyszedłeś z wprawy, jeśli chodzi o jakiekolwiek żarty. Chcesz coś do picia? – spytała, słysząc, że woda zaczyna się gotować. On jedynie wskazał głową na pełny zlew.
- Niedawno skończyłem kawę. A jeśli chodzi o mój cięty żart to ma się dobrze, ale ci go oszczędzę. Myślę, że nie przeżyłabyś tego – skwitował, siadając na jednym z krzeseł.
- Umarłabym z zażenowania twoim poziomem – powiedziała z przesadną poważnością, na co ten parsknął śmiechem. – Czyżby cię to rozbawiło? – prychnęła, chociaż nieco rozluźniona.
- Nie śmieję się z żartu, tylko z ciebie – oznajmił, rozciągając się na krześle.
- Pochwała od mistrza błaznów? – zalała kawę i ostrożnie chwyciła za kubek, przenosząc go na stół.
- Spytaj się Zabiniego, on się na tym zna – tym razem uśmiechnęli się oboje. Zajęła miejsce naprzeciw niego i sięgnęła po cukier.
- Nie idziesz do… siebie? – kwatera czy strych zabrzmiałoby źle. Jak inaczej mogłaby nazwać miejsce na poddaszu, w którym nocował, jeśli tylko mógł? Nie było tam nawet łóżka. Jedynie stary materac, leżący pod oknem.
- Postanowiłem, że dotrzymam ci towarzystwa. Dla pewności, że inne kubki i szklanki będę bezpieczne – na jego słowa przewróciła oczami. Upiła łyk kawy, delektując się zapachem, po czym odrzekła:
- Wciąż nieśmieszne, Malfoy. Wysil się trochę.
- Wątpisz w moją formę? – bezpardonowo położył swoje nogi na stół, lekko odchylając się na krześle i zamykając oczy. Hermiona widząc ciężkie, zabłocone buty na stole, natychmiast się wychyliła i uderzyła go w kolano, niczym matka rugająca swojego syna za niestosowne zachowanie. Blondyn otworzył jedne oko. Widok pochylającej się nad nim Hermiony ponownie go rozbawił. Z uśmiechem na ustach zdjął nogi ze stołu, rozkładając je na krześle obok. Szatynka westchnęła z irytacją, lecz nijak tego nie skomentowała.
- Czemu musisz lecieć na Nokturn? – zapytała, chociaż doskonale domyślała się odpowiedzi.
- A jak myślisz? – sięgnął do kieszeni, w której jak się okazało trzymał paczkę zagranicznych papierosów. Wyćwiczonym ruchem zgarnął jednego i wsadził go pomiędzy wargi.
- Nie sądziłam, że palisz te gówno – zmarszczyła nos. Wciąż nie była przyzwyczajona do zapachu dymu, chociaż niejeden z członków palił od dawna. Oczywiście w tajemnicy przed panią Weasley.
- Król błaznów mnie nauczył – ogień z zapalniczki lekko rozjaśnił twarz blondyna. Oświetlenie w kuchni było dość skromne, przez co dawało pozór prywatności i ciepła.
- Mugolskie wynalazki? – ciekawski ton głosu połączony ze złośliwością sprawił, że zaciągnął się mocniej i zmarszczył brwi.
- Mugolskie wynalazki, które sprawiają, że mugole umierają – odparł kąśliwie.
- Czarodzieje nie są odporni na rakotwórcze działanie tytoniu – prychnęła, naciągając rękawy swojego swetra na dłonie.
- I co mi się stanie? Umrę? Proszę cię.
- Pani Weasley dostałaby ataku szału – szepnęła, kolejny raz sięgając po kawę. W odpowiedzi usłyszała jedynie krótki śmiech.
Sięgnęła po czajnik i z zaskoczeniem stwierdziła, że wciąż był ciepły. Najwyraźniej nie tylko ona nie śpi. Dolała do niego wody i postawiła z powrotem na kuchenkę, zapalając palnik. Miała nadzieję, że zostało jeszcze trochę kawy. Nienawidziła jej, lecz jak na razie kofeina była jej sprzymierzeńcem. Po otworzeniu jednej z szafek zobaczyła swój cel. Kawa. Półkę niżej stały kubki, więc chwyciła swój ulubiony i zaczęła wsypywać ją do naczynia.
- Cholera! – w jednym momencie kubek wraz z zawartością znalazł się na podłodze. Brzdęk ceramiki, świadczył o tym, że najprawdopodobniej rozpadł się na kilka kawałków. – Brawo, Hermiono – powiedziała z goryczą w głosie i klęknęła przy odłamkach.
- Chcesz wszystkich zbudzić, Granger? – nie musiała unosić głowy, by zobaczyć, kto wszedł do kuchni. – Bo jesteś na dobrej drodze – usłyszała kroki, stawiane ciężkim, wojskowym butem. Starała się skupić na tym, by nie skaleczyć się drobinami.
- Powiedz mi, Malfoy, czemu jeszcze nie śpisz? – warknęła, podnosząc się. Szybko odwróciła się do niego plecami, by wyrzucić ceramikę.
- Nie śpię, bo za dwie godziny wyruszam do Nokturnu. Jak mniemam to ty nie śpisz, żeby zrobić pobudkę dla całego zakonu, marnując wszystkie kubki? – odwróciła się, by posłać mu bojowe spojrzenie. Stał oparty o zlew, z zadartą brwią, patrzący na nią z politowaniem. Nie znosiła tego.
- Oczywiście, jako pierwszego chciałam zbudzić ciebie. Najlepiej zrzucając kubek na twoją twarz, ale jak widzę już nie śpisz – odparła kwaśno, sięgając po kolejny kubek. O dziwo uśmiechnął się lekko i rzucił spojrzenie na zegar.
- Jest kilka minut po trzeciej. Musiałabyś to zrobić jakiś dzień wcześniej, bo wtedy ostatnio spałem. Chyba nie jesteś mistrzem niecnych knowań?
- Bardzo śmieszne, Malfoy. Chyba wyszedłeś z wprawy, jeśli chodzi o jakiekolwiek żarty. Chcesz coś do picia? – spytała, słysząc, że woda zaczyna się gotować. On jedynie wskazał głową na pełny zlew.
- Niedawno skończyłem kawę. A jeśli chodzi o mój cięty żart to ma się dobrze, ale ci go oszczędzę. Myślę, że nie przeżyłabyś tego – skwitował, siadając na jednym z krzeseł.
- Umarłabym z zażenowania twoim poziomem – powiedziała z przesadną poważnością, na co ten parsknął śmiechem. – Czyżby cię to rozbawiło? – prychnęła, chociaż nieco rozluźniona.
- Nie śmieję się z żartu, tylko z ciebie – oznajmił, rozciągając się na krześle.
- Pochwała od mistrza błaznów? – zalała kawę i ostrożnie chwyciła za kubek, przenosząc go na stół.
- Spytaj się Zabiniego, on się na tym zna – tym razem uśmiechnęli się oboje. Zajęła miejsce naprzeciw niego i sięgnęła po cukier.
- Nie idziesz do… siebie? – kwatera czy strych zabrzmiałoby źle. Jak inaczej mogłaby nazwać miejsce na poddaszu, w którym nocował, jeśli tylko mógł? Nie było tam nawet łóżka. Jedynie stary materac, leżący pod oknem.
- Postanowiłem, że dotrzymam ci towarzystwa. Dla pewności, że inne kubki i szklanki będę bezpieczne – na jego słowa przewróciła oczami. Upiła łyk kawy, delektując się zapachem, po czym odrzekła:
- Wciąż nieśmieszne, Malfoy. Wysil się trochę.
- Wątpisz w moją formę? – bezpardonowo położył swoje nogi na stół, lekko odchylając się na krześle i zamykając oczy. Hermiona widząc ciężkie, zabłocone buty na stole, natychmiast się wychyliła i uderzyła go w kolano, niczym matka rugająca swojego syna za niestosowne zachowanie. Blondyn otworzył jedne oko. Widok pochylającej się nad nim Hermiony ponownie go rozbawił. Z uśmiechem na ustach zdjął nogi ze stołu, rozkładając je na krześle obok. Szatynka westchnęła z irytacją, lecz nijak tego nie skomentowała.
- Czemu musisz lecieć na Nokturn? – zapytała, chociaż doskonale domyślała się odpowiedzi.
- A jak myślisz? – sięgnął do kieszeni, w której jak się okazało trzymał paczkę zagranicznych papierosów. Wyćwiczonym ruchem zgarnął jednego i wsadził go pomiędzy wargi.
- Nie sądziłam, że palisz te gówno – zmarszczyła nos. Wciąż nie była przyzwyczajona do zapachu dymu, chociaż niejeden z członków palił od dawna. Oczywiście w tajemnicy przed panią Weasley.
- Król błaznów mnie nauczył – ogień z zapalniczki lekko rozjaśnił twarz blondyna. Oświetlenie w kuchni było dość skromne, przez co dawało pozór prywatności i ciepła.
- Mugolskie wynalazki? – ciekawski ton głosu połączony ze złośliwością sprawił, że zaciągnął się mocniej i zmarszczył brwi.
- Mugolskie wynalazki, które sprawiają, że mugole umierają – odparł kąśliwie.
- Czarodzieje nie są odporni na rakotwórcze działanie tytoniu – prychnęła, naciągając rękawy swojego swetra na dłonie.
- I co mi się stanie? Umrę? Proszę cię.
- Pani Weasley dostałaby ataku szału – szepnęła, kolejny raz sięgając po kawę. W odpowiedzi usłyszała jedynie krótki śmiech.
Tym razem nie zdziwiła się, kiedy
zobaczyła, że jeszcze parująca kawa czeka na blacie. Od kilku dni, kiedy
schodziła w nocy, by zażyć dawkę kofeiny, zawsze czekał na nią kubek z ciepłym
napojem. Już przedwczoraj uświadomiła sobie, że zbiega się to w czasie z wizytami
Malfoy’a na Grimmuald Place. Skubaniec wie nawet, ile łyżeczek cukru wsypać.
Z lekkim uśmiechem upiła łyk. To było całkiem miłe i niespodziewane, zwłaszcza z jego strony.
- Może powinnaś się wyspać, zamiast pić kolejne szklanki? – zaskoczona odwróciła się, niemal podskakując. Kilka kropel kawy skapnęło na podłogę.
- Cholera! – natychmiast odstawiła kubek i sięgnęła po ścierkę. Rzuciła jeszcze krótkie, pełne dezaprobaty spojrzenie Malfoy’owi. Ten przewrócił oczami. Szybko opuściła wzrok i zabrała się za wycieranie desek, rejestrując potargane włosy i ranę na łuku brwiowym mężczyzny.
- Czemu zawsze jak się widzimy to coś rozlewasz lub tłuczesz, a potem musisz to sprzątać? – spytał, podchodząc bliżej. Oparł się plecami o blat, by porwać pełen kawy kubek Hermiony i pociągnąć głębszy łyk. – Tylko nie mów, że przynoszę pecha.
- Och, nie. Skądże – prychnęła z ironią, po czym się wyprostowała i stanęła z nim w twarzą w twarz. – To pech przynosi ciebie – skwitowała, odbierając swój napój.
- Granger, nic by się nie działo, gdybyś spała jak to normalni ludzie robią o tej porze – zadarła brew do góry i odrzuciła ścierkę na bok.
- Normalni ludzie, powiadasz? Przypominam, nienormalny człowieku, że wciąż stoisz obok mnie. A zaraz wpół do czwartej.
- Ja jestem Śmierciożercą, Granger. Nie mam zbyt wiele czasu na sen, musiałem się dostosować – mruknął gorzko i oderwał się od wysepki kuchennej. Podszedł do najbliższego okna, uchylił je lekko, a sam skierował się w stronę stołu.
- Nie jesteś Śmierciożercą, Malfoy – oznajmiła łagodnie, chowając twarz za kubkiem. Nie skomentował tego. Usiadł na krześle. Nawet nie spostrzegła, kiedy wyjął i podpalił papierosa. Zaciągnął się głęboko, ciągle ją obserwując.
- Zmieniłaś się – stwierdził, wypuszczając dym. Prawie zakrztusiła się kawą.
- Że co, proszę? – na wszelki wypadek odstawiła kawę. – Z naszej dwójki najbardziej zmieniłeś się ty – powiedziała z niemal oskarżycielskim tonem. Skonsternowanie pojawiło się na jego twarzy. Zamilkł na chwilę, wciąż nie odrywając wzroku od Hermiony, jednak w jego oczach widziała, że o czymś głęboko rozmyśla.
- Być może – podsumował krótko. – Jednak pomiędzy nami jest pewna różnica. Ja się zmieniłem na przestrzeni lat, ty zaś w ciągu kilku miesięcy – dodał z przekąsem, po czym ponownie włożył papierosa w usta. Zmarszczyła brwi nieświadoma, podczas próby przeanalizowania swojego zachowania na przestrzeni roku. Nie wyhaczyła nic szczególnego. Może kilka razy zdarzyło jej się złamać jakieś zasady, lecz robiła to już w Hogwarcie na pierwszym roku, albo użyć kilku zaklęć, których nigdy nie chciała praktykować. Na szczęście nie musiała używać Zaklęć Niewybaczalnych, tego nie wytrzymałoby jej własne sumienie.
- Co masz dokładnie na myśli? – spytała, wracając do rzeczywistości. Przystawiła sobie krzesło naprzeciw blondyna.
- Nie jestem do końca w stanie sprecyzować. Po prostu jesteś inna. Możesz to uznać za komplement, Granger. Być może wstrząsem dla ciebie było to, że te dwa naczelne patałachy poszły bez ciebie. Ciekawe, czy jeszcze w ogóle żyją… - urwał, by podpalić końcówkę papierosa. Ona siedziała naprzeciw niego z iskierkami wściekłości w oczach.
- Przestań, Malfoy. Z pewnością radzą sobie lepiej od ciebie – wycedziła. – Zawsze radzili – nie wyglądał na zbytnio przejętego jej słowami. Nonszalanckim ruchem odjął papieros od swoich warg i wolnymi palcami podrapał się po dwudniowym zaroście.
- Żyją, bo pomagasz im odkąd usłyszeli, że mogą czarować – parsknął śmiechem, uzyskując kolejne negatywne spojrzenie Hermiony.
- Nie przesadzasz? Tobie większość życia pomagało nazwisko i ojciec – odgryzła się, a jego śmiech umilkł. Najprawdopodobniej nagięła jakąś granicę, której sama nie znała, ponieważ nie znała jego samego. Tak, to z pewnością był temat, jakiego nie powinno się poruszać. Miała wątpliwą przyjemność poznać jego ojca. Od małego ciekawiło ją, jaki był w stosunku do swojego syna… - Przepraszam – wypaliła, widząc jak blondyn wpatruje się tępo w rozżarzoną końcówkę papierosa. Dźwięk jej głosu wydobył go z zamyślenia.
- On jest skurwielem niewartym moich słów. Czekam na to, aż zdechnie – oznajmił chłodno, strzepując popiół na podłogę. – Nie masz za co przepraszać, Granger. Ja wbiłem szpilę tobie, a ty mi – stwierdził.
- Wiem, ale gdybym wiedziała to…
- Wiem, Granger. Wiem.
Z lekkim uśmiechem upiła łyk. To było całkiem miłe i niespodziewane, zwłaszcza z jego strony.
- Może powinnaś się wyspać, zamiast pić kolejne szklanki? – zaskoczona odwróciła się, niemal podskakując. Kilka kropel kawy skapnęło na podłogę.
- Cholera! – natychmiast odstawiła kubek i sięgnęła po ścierkę. Rzuciła jeszcze krótkie, pełne dezaprobaty spojrzenie Malfoy’owi. Ten przewrócił oczami. Szybko opuściła wzrok i zabrała się za wycieranie desek, rejestrując potargane włosy i ranę na łuku brwiowym mężczyzny.
- Czemu zawsze jak się widzimy to coś rozlewasz lub tłuczesz, a potem musisz to sprzątać? – spytał, podchodząc bliżej. Oparł się plecami o blat, by porwać pełen kawy kubek Hermiony i pociągnąć głębszy łyk. – Tylko nie mów, że przynoszę pecha.
- Och, nie. Skądże – prychnęła z ironią, po czym się wyprostowała i stanęła z nim w twarzą w twarz. – To pech przynosi ciebie – skwitowała, odbierając swój napój.
- Granger, nic by się nie działo, gdybyś spała jak to normalni ludzie robią o tej porze – zadarła brew do góry i odrzuciła ścierkę na bok.
- Normalni ludzie, powiadasz? Przypominam, nienormalny człowieku, że wciąż stoisz obok mnie. A zaraz wpół do czwartej.
- Ja jestem Śmierciożercą, Granger. Nie mam zbyt wiele czasu na sen, musiałem się dostosować – mruknął gorzko i oderwał się od wysepki kuchennej. Podszedł do najbliższego okna, uchylił je lekko, a sam skierował się w stronę stołu.
- Nie jesteś Śmierciożercą, Malfoy – oznajmiła łagodnie, chowając twarz za kubkiem. Nie skomentował tego. Usiadł na krześle. Nawet nie spostrzegła, kiedy wyjął i podpalił papierosa. Zaciągnął się głęboko, ciągle ją obserwując.
- Zmieniłaś się – stwierdził, wypuszczając dym. Prawie zakrztusiła się kawą.
- Że co, proszę? – na wszelki wypadek odstawiła kawę. – Z naszej dwójki najbardziej zmieniłeś się ty – powiedziała z niemal oskarżycielskim tonem. Skonsternowanie pojawiło się na jego twarzy. Zamilkł na chwilę, wciąż nie odrywając wzroku od Hermiony, jednak w jego oczach widziała, że o czymś głęboko rozmyśla.
- Być może – podsumował krótko. – Jednak pomiędzy nami jest pewna różnica. Ja się zmieniłem na przestrzeni lat, ty zaś w ciągu kilku miesięcy – dodał z przekąsem, po czym ponownie włożył papierosa w usta. Zmarszczyła brwi nieświadoma, podczas próby przeanalizowania swojego zachowania na przestrzeni roku. Nie wyhaczyła nic szczególnego. Może kilka razy zdarzyło jej się złamać jakieś zasady, lecz robiła to już w Hogwarcie na pierwszym roku, albo użyć kilku zaklęć, których nigdy nie chciała praktykować. Na szczęście nie musiała używać Zaklęć Niewybaczalnych, tego nie wytrzymałoby jej własne sumienie.
- Co masz dokładnie na myśli? – spytała, wracając do rzeczywistości. Przystawiła sobie krzesło naprzeciw blondyna.
- Nie jestem do końca w stanie sprecyzować. Po prostu jesteś inna. Możesz to uznać za komplement, Granger. Być może wstrząsem dla ciebie było to, że te dwa naczelne patałachy poszły bez ciebie. Ciekawe, czy jeszcze w ogóle żyją… - urwał, by podpalić końcówkę papierosa. Ona siedziała naprzeciw niego z iskierkami wściekłości w oczach.
- Przestań, Malfoy. Z pewnością radzą sobie lepiej od ciebie – wycedziła. – Zawsze radzili – nie wyglądał na zbytnio przejętego jej słowami. Nonszalanckim ruchem odjął papieros od swoich warg i wolnymi palcami podrapał się po dwudniowym zaroście.
- Żyją, bo pomagasz im odkąd usłyszeli, że mogą czarować – parsknął śmiechem, uzyskując kolejne negatywne spojrzenie Hermiony.
- Nie przesadzasz? Tobie większość życia pomagało nazwisko i ojciec – odgryzła się, a jego śmiech umilkł. Najprawdopodobniej nagięła jakąś granicę, której sama nie znała, ponieważ nie znała jego samego. Tak, to z pewnością był temat, jakiego nie powinno się poruszać. Miała wątpliwą przyjemność poznać jego ojca. Od małego ciekawiło ją, jaki był w stosunku do swojego syna… - Przepraszam – wypaliła, widząc jak blondyn wpatruje się tępo w rozżarzoną końcówkę papierosa. Dźwięk jej głosu wydobył go z zamyślenia.
- On jest skurwielem niewartym moich słów. Czekam na to, aż zdechnie – oznajmił chłodno, strzepując popiół na podłogę. – Nie masz za co przepraszać, Granger. Ja wbiłem szpilę tobie, a ty mi – stwierdził.
- Wiem, ale gdybym wiedziała to…
- Wiem, Granger. Wiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz