Tym
razem nie zdziwiła się, kiedy zobaczyła, że jeszcze parująca kawa czeka na
blacie. Od kilku dni, gdy schodziła w nocy, by zażyć codzienną dawkę kofeiny,
zawsze czekał na nią kubek z ciepłym napojem. Już przedwczoraj uświadomiła sobie,
że zbiega się to w czasie z wizytami Malfoy'a na Grimmuald Place. Skubaniec wie
nawet, ile łyżeczek cukru wsypać.
Z lekkim uśmiechem upiła łyk. To było całkiem miłe i niespodziewane, zwłaszcza z jego strony.
- Może powinnaś się wyspać, zamiast pić kolejne litry? – zaskoczona odwróciła się, niemal podskakując. Kilka kropel kawy skapnęło na podłogę.
- Cholera! – natychmiast odstawiła kubek i sięgnęła po ścierkę. Rzuciła jeszcze krótkie, pełne dezaprobaty spojrzenie Malfoy'owi. Ten przewrócił oczami. Szybko opuściła wzrok i zabrała się za wycieranie desek, rejestrując potargane włosy i ranę na łuku brwiowym mężczyzny.
- Czemu zawsze jak się widzimy to coś rozlewasz lub tłuczesz, a potem musisz to sprzątać? – spytał, podchodząc bliżej. Oparł się plecami o blat, by porwać pełen kawy kubek Hermiony i pociągnąć głębszy łyk. – Tylko nie mów, że przynoszę pecha - uprzedził, nim zdążyła coś powiedzieć.
- Och, nie. Skądże – prychnęła, po czym się wyprostowała i stanęła z nim w twarzą w twarz. – To pech przynosi ciebie – skwitowała, odbierając swój napój.
- Granger, nic by się nie działo, gdybyś spała jak to normalni ludzie robią o tej porze – zadarła brew do góry i odrzuciła ścierkę na bok.
- Normalni ludzie, powiadasz? Przypominam, nienormalny człowieku, że wciąż stoisz obok mnie. A zaraz wpół do czwartej.
- Ja jestem Śmierciożercą, Granger. Nie mam zbyt wiele czasu na sen, musiałem się dostosować – wyjaśnił i oderwał się od wysepki kuchennej. Podszedł do najbliższego okna, uchylił je lekko, a sam skierował się w stronę stołu.
- Nie jesteś Śmierciożercą, Malfoy – oznajmiła łagodnie, chowając twarz za kubkiem. Nie skomentował tego. Usiadł na krześle. Nawet nie spostrzegła, kiedy wyjął i podpalił papierosa. Dziwny nałóg, którego nie zrozumie. Zaciągnął się głęboko, ciągle ją obserwując. Przysiadła obok naprzeciw niego.
- Zmieniłaś się – stwierdził, wypuszczając dym. Prawie zakrztusiła się kawą.
- Że co, proszę? – na wszelki wypadek odstawiła kawę. – Dlaczego nagle wyjeżdżasz z takimi przemyśleniami? Późna pora chyba sprzyja twoim filozoficznym bredniom. A poza tym - dodała po chwili zastanowienia - z naszej dwójki najbardziej zmieniłeś się ty – powiedziała z niemal oskarżycielskim tonem. Skonsternowanie pojawiło się na jego twarzy. Zamilkł na chwilę, wciąż nie odrywając wzroku od Hermiony, jednak w jego oczach widziała, że o czymś głęboko rozmyśla.
- Być może – podsumował krótko. – Jednak pomiędzy nami jest pewna różnica. Ja się zmieniłem na przestrzeni lat, ty zaś w ciągu kilku tygodni – dopowiedział z przekąsem, po czym ponownie włożył papierosa w usta. Zmarszczyła brwi. W ciągu kilku tygodni? Nie zachowywała się nazbyt szczególnie w porównaniu z poprzednimi miesiącami. Jej wspomnienia nie miały w sobie nic szczególnego.
- Co masz dokładnie na myśli? – spytała, wracając do rzeczywistości. Przystawiła sobie krzesło naprzeciw blondyna.
- Nie jestem do końca w stanie sprecyzować. Po prostu jesteś inna. Możesz to uznać za komplement, Granger. Być może wstrząsem dla ciebie było to, że te dwa naczelne patałachy poszły bez ciebie. Ciekawe, czy jeszcze w ogóle żyją... - urwał, by strzepać popiół do popielniczki, którą na co dzień chowali pod zlewem. Ona siedziała naprzeciw niego z iskierkami wściekłości w oczach.
- Przestań, Malfoy. Z pewnością radzą sobie lepiej od ciebie – wycedziła. – Zawsze radzili – nie wyglądał na zbytnio przejętego jej słowami. Nonszalanckim ruchem odjął papieros od swoich warg i wolnymi palcami podrapał się po dwudniowym zaroście.
- Żyją, bo pomagasz im odkąd usłyszeli, że mogą czarować – oznajmił gorzko, uzyskując kolejne nieprzychylne spojrzenie Hermiony.
- Nie przesadzasz? Tobie większość życia pomagało nazwisko i ojciec – odgryzła się z wrogością. Mimo, że została niemal cała połówka papierosa cisnął nią o dno popielniczki. O, nie... Najprawdopodobniej nagięła jakąś granicę, której sama nie była świadoma, ponieważ nie znała jego samego. Tak, to z pewnością był temat, jakiego nie powinno się poruszać. Miała wątpliwą przyjemność poznać jego ojca. Od małego ciekawiło ją, jaki był w stosunku do swojego syna. Nie wyglądało to na zdrową relację. Z pewnością go krzywdził psychicznie. Lucjusz był twardym człowiekiem z zasadami i poczuciem obowiązku. Jego żona i syn prawdopodobnie nie mieli zbyt dużej wolności słowa.
- Przepraszam – wypaliła, widząc jak blondyn wpatruje się w niedopałek, którym wodzi po popielniczce. Dźwięk jej głosu wydobył go z zamyślenia.
- Czekam na to, aż zdechnie – oznajmił chłodno, wpatrując się w nią. – A moje nazwisko było obiektem pogardy nawet wśród Śmierciożerców. Ciężko pracowałem, żeby przywrócić Malfoy'ów do łask Czarnego Pana. Ten stary skurwiel potrafił jedynie gadać lub robić dobrą minę. To ja odwaliłem całą brudną robotę.
- Brudną robotę? - nie udawała zaciekawienia. Historie od siatki konspiracyjnej były zarezerwowane jedynie dla Remusa i starszego Weasley'a. Była podekscytowana, a zarazem przestraszona tym, co zaraz usłyszy. O, ile Malfoy nie powstrzyma się z wylewnością. Niby czemu miałby jej się zwierzać? Nie łączyła ich żadna forma koleżeństwa. Jedynie kąśliwe uwagi i kawa w środku nocy.
- Granger, jesteś mądrą dziewczynką.
- Rozumiem. Koniec tematu - ucięła. Ewidentnie było widać, że nie ma najmniejszej ochoty o tym rozmawiać, a ona nie zamierzała naciskać. - Kiedy przyjeżdżasz następnym razem? - spytała, by zmienić wątek.
- Czemu pytasz? - obserwowała jak wstaje i podwija rękawy. Odwróciła się bokiem, by nie patrzeć na lewe przedramię mężczyzny.
- Jestem ciekawa, której nocy mam zejść po kawę.
Z lekkim uśmiechem upiła łyk. To było całkiem miłe i niespodziewane, zwłaszcza z jego strony.
- Może powinnaś się wyspać, zamiast pić kolejne litry? – zaskoczona odwróciła się, niemal podskakując. Kilka kropel kawy skapnęło na podłogę.
- Cholera! – natychmiast odstawiła kubek i sięgnęła po ścierkę. Rzuciła jeszcze krótkie, pełne dezaprobaty spojrzenie Malfoy'owi. Ten przewrócił oczami. Szybko opuściła wzrok i zabrała się za wycieranie desek, rejestrując potargane włosy i ranę na łuku brwiowym mężczyzny.
- Czemu zawsze jak się widzimy to coś rozlewasz lub tłuczesz, a potem musisz to sprzątać? – spytał, podchodząc bliżej. Oparł się plecami o blat, by porwać pełen kawy kubek Hermiony i pociągnąć głębszy łyk. – Tylko nie mów, że przynoszę pecha - uprzedził, nim zdążyła coś powiedzieć.
- Och, nie. Skądże – prychnęła, po czym się wyprostowała i stanęła z nim w twarzą w twarz. – To pech przynosi ciebie – skwitowała, odbierając swój napój.
- Granger, nic by się nie działo, gdybyś spała jak to normalni ludzie robią o tej porze – zadarła brew do góry i odrzuciła ścierkę na bok.
- Normalni ludzie, powiadasz? Przypominam, nienormalny człowieku, że wciąż stoisz obok mnie. A zaraz wpół do czwartej.
- Ja jestem Śmierciożercą, Granger. Nie mam zbyt wiele czasu na sen, musiałem się dostosować – wyjaśnił i oderwał się od wysepki kuchennej. Podszedł do najbliższego okna, uchylił je lekko, a sam skierował się w stronę stołu.
- Nie jesteś Śmierciożercą, Malfoy – oznajmiła łagodnie, chowając twarz za kubkiem. Nie skomentował tego. Usiadł na krześle. Nawet nie spostrzegła, kiedy wyjął i podpalił papierosa. Dziwny nałóg, którego nie zrozumie. Zaciągnął się głęboko, ciągle ją obserwując. Przysiadła obok naprzeciw niego.
- Zmieniłaś się – stwierdził, wypuszczając dym. Prawie zakrztusiła się kawą.
- Że co, proszę? – na wszelki wypadek odstawiła kawę. – Dlaczego nagle wyjeżdżasz z takimi przemyśleniami? Późna pora chyba sprzyja twoim filozoficznym bredniom. A poza tym - dodała po chwili zastanowienia - z naszej dwójki najbardziej zmieniłeś się ty – powiedziała z niemal oskarżycielskim tonem. Skonsternowanie pojawiło się na jego twarzy. Zamilkł na chwilę, wciąż nie odrywając wzroku od Hermiony, jednak w jego oczach widziała, że o czymś głęboko rozmyśla.
- Być może – podsumował krótko. – Jednak pomiędzy nami jest pewna różnica. Ja się zmieniłem na przestrzeni lat, ty zaś w ciągu kilku tygodni – dopowiedział z przekąsem, po czym ponownie włożył papierosa w usta. Zmarszczyła brwi. W ciągu kilku tygodni? Nie zachowywała się nazbyt szczególnie w porównaniu z poprzednimi miesiącami. Jej wspomnienia nie miały w sobie nic szczególnego.
- Co masz dokładnie na myśli? – spytała, wracając do rzeczywistości. Przystawiła sobie krzesło naprzeciw blondyna.
- Nie jestem do końca w stanie sprecyzować. Po prostu jesteś inna. Możesz to uznać za komplement, Granger. Być może wstrząsem dla ciebie było to, że te dwa naczelne patałachy poszły bez ciebie. Ciekawe, czy jeszcze w ogóle żyją... - urwał, by strzepać popiół do popielniczki, którą na co dzień chowali pod zlewem. Ona siedziała naprzeciw niego z iskierkami wściekłości w oczach.
- Przestań, Malfoy. Z pewnością radzą sobie lepiej od ciebie – wycedziła. – Zawsze radzili – nie wyglądał na zbytnio przejętego jej słowami. Nonszalanckim ruchem odjął papieros od swoich warg i wolnymi palcami podrapał się po dwudniowym zaroście.
- Żyją, bo pomagasz im odkąd usłyszeli, że mogą czarować – oznajmił gorzko, uzyskując kolejne nieprzychylne spojrzenie Hermiony.
- Nie przesadzasz? Tobie większość życia pomagało nazwisko i ojciec – odgryzła się z wrogością. Mimo, że została niemal cała połówka papierosa cisnął nią o dno popielniczki. O, nie... Najprawdopodobniej nagięła jakąś granicę, której sama nie była świadoma, ponieważ nie znała jego samego. Tak, to z pewnością był temat, jakiego nie powinno się poruszać. Miała wątpliwą przyjemność poznać jego ojca. Od małego ciekawiło ją, jaki był w stosunku do swojego syna. Nie wyglądało to na zdrową relację. Z pewnością go krzywdził psychicznie. Lucjusz był twardym człowiekiem z zasadami i poczuciem obowiązku. Jego żona i syn prawdopodobnie nie mieli zbyt dużej wolności słowa.
- Przepraszam – wypaliła, widząc jak blondyn wpatruje się w niedopałek, którym wodzi po popielniczce. Dźwięk jej głosu wydobył go z zamyślenia.
- Czekam na to, aż zdechnie – oznajmił chłodno, wpatrując się w nią. – A moje nazwisko było obiektem pogardy nawet wśród Śmierciożerców. Ciężko pracowałem, żeby przywrócić Malfoy'ów do łask Czarnego Pana. Ten stary skurwiel potrafił jedynie gadać lub robić dobrą minę. To ja odwaliłem całą brudną robotę.
- Brudną robotę? - nie udawała zaciekawienia. Historie od siatki konspiracyjnej były zarezerwowane jedynie dla Remusa i starszego Weasley'a. Była podekscytowana, a zarazem przestraszona tym, co zaraz usłyszy. O, ile Malfoy nie powstrzyma się z wylewnością. Niby czemu miałby jej się zwierzać? Nie łączyła ich żadna forma koleżeństwa. Jedynie kąśliwe uwagi i kawa w środku nocy.
- Granger, jesteś mądrą dziewczynką.
- Rozumiem. Koniec tematu - ucięła. Ewidentnie było widać, że nie ma najmniejszej ochoty o tym rozmawiać, a ona nie zamierzała naciskać. - Kiedy przyjeżdżasz następnym razem? - spytała, by zmienić wątek.
- Czemu pytasz? - obserwowała jak wstaje i podwija rękawy. Odwróciła się bokiem, by nie patrzeć na lewe przedramię mężczyzny.
- Jestem ciekawa, której nocy mam zejść po kawę.